Przejdź do głównej zawartości

To, że inni też mają problemy, nie zabiera moich

Są zdania, które ludzie wypowiadają chyba z dobrych intencji.
Takie, które mają „postawić na nogi”, „dodać perspektywy”, „pomóc spojrzeć inaczej”.
A we mnie wywołują tylko złość, bezsilność i poczucie bycia kompletnie niezrozumianą.

„Nie przejmuj się, inni też mają problemy.”
„Widzisz, inni też chorują, nie tylko ty.”

Nienawidzę tych słów.
Naprawdę.

Bo czy ktoś myśli, że kiedy to usłyszę, mój ból magicznie zniknie?
Że nagle wstanę, odzyskam siły, samodzielność i wszystko wróci na swoje miejsce?
Czy informacja, że ktoś inny też cierpi, sprawi, że moje dolegliwości przestaną istnieć?

Nie.
Nie sprawi.

Moje problemy nie znikają dlatego, że ktoś gdzieś ma podobne albo nawet większe.
Mój ból nie robi się mniejszy tylko dlatego, że świat jest pełen cierpienia.
To nie jest konkurs.
To nie jest licytacja na to, komu jest gorzej.

Ktoś, kto jest zdrowy, samodzielny, może w każdej chwili wyjść z domu, wsiąść w samochód, pojechać gdzie chce – nigdy nie zrozumie kogoś, kto jest uwięziony we własnym domu jak w klatce.
Nie zrozumie, jak to jest wiedzieć, że możesz gdzieś pojechać tylko wtedy, gdy ktoś inny ma czas, siłę i ochotę ci pomóc.
Nie zrozumie tej zależności.
Tego czekania.
Tego pytania w myślach: czy dziś mogę, czy znowu nie?

Nie zrozumie też momentu, w którym dom – kiedyś bezpieczny, kochany, pełen życia – zaczyna przypominać więzienie.
Cztery ściany, które miały dawać spokój, zaczynają dusić.
A jedynymi „wyjściami” są wizyty u lekarzy, badania, apteki i szybkie zakupy między jednym bólem a drugim.

I nie, nie pomaga mi świadomość, że ktoś inny też choruje.
Pomaga mi zrozumienie.
Cisza zamiast złotych rad.
Zwykłe „widzę, że jest ci ciężko” zamiast porównań.

Bo każdy niesie swój ciężar.
A mój jest mój – nawet jeśli komuś z boku wydaje się, że „inni też mają gorzej”.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Nie taka miała być dorosłość – i co z tego?

Miała być stabilna praca, zdrowie, mieszkanie z katalogu. Dziecko, pies i wspólne wymarzone wakacje. Miał być spokój. Przewidywalność. Początek codzienności, która daje poczucie bezpieczeństwa. A potem dorosłość przyszła i pokazała środkowy palec wszystkim tym planom. Bo zamiast harmonii – przyszły kryzysy. Choroby. Czekanie w kolejce do lekarza. Czekanie na wiadomość, która nie przychodzi. Utraty, których nie da się wymazać. Dni, kiedy nie wiadomo, po co w ogóle wstać z łóżka. I wieczory, kiedy pęka się w środku, ale trzeba się uśmiechnąć, bo ktoś coś od nas chce. Ale wiesz co? Mimo wszystko – jestem tutaj. I jestem bardziej sobą niż kiedykolwiek wcześniej. --- Kiedyś myślałam, że „poukładane życie” to cel. Dziś wiem, że to raczej stan tymczasowy, który może się zmienić w każdej chwili. Niezależnie od tego, jak bardzo się starasz. Można być dobrym człowiekiem, mieć plany, marzenia – i i tak dostać w kość. Czasem bez powodu. Ale w tym chaosie nauczyłam się czegoś, czego nikt mi nie pow...

Jak rozpoznać, że przesadziłaś z rehabilitacją – znaki, które ciało daje, zanim krzyknie

Nie zawsze to widać od razu. Czasem to tylko lekkie napięcie w plecach, które ignorujesz, bo przecież „to tylko zmęczenie”. Albo uczucie ciężkości w nogach po ćwiczeniach, które zamiast ustępować – narasta z każdym dniem. Ciało nie zawsze krzyczy od razu. Zwykle najpierw szepcze. A my – zapatrzone w cel, w poprawę, w liczby i powroty do „normalności” – uczymy się tych szeptów nie słyszeć. U mnie zaczyna się od zmiany nastroju. Takiego trudnego do uchwycenia rozdrażnienia. Później ciało dołącza do chóru – trudność ze snem, nieustępujący ból nawet po tabletkach, drętwienie, które wraca szybciej. I ten znajomy ciężar w lędźwiach, jakby ktoś położył mi tam worek z piaskiem. Znacie to? Miałam dni, kiedy ćwiczyłam lub chodziłam więcej, niż było trzeba. Bo przecież „już tyle umiem”, „tak dobrze szło”, „nie mogę sobie odpuścić”. A jednak ciało nie zna ambicji. Ono zna granice. I kiedy przekraczam je zbyt często, przypomina o sobie dobitnie. Co może być takim cichym sygnałem? uczucie zmęczenia ...

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...