Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z listopad, 2025

Kiedy ciało mówi szeptem

O udarach mówi się zwykle w kontekście starszego wieku. Tak jakby młodzi byli nietykalni, jakby mieli jakąś niewidzialną tarczę, która chroni ich przed tym, co poważne, trudne i zagrażające życiu. A prawda jest taka, że choroba nie patrzy na metrykę. Nie wybiera według PESEL-u. Nie uprzedza. Po prostu przychodzi — czasem głośno, a czasem… szeptem. I właśnie ten szept jest najgroźniejszy. Cichy udar. Niby nic wielkiego, niby „zmęczenie”, „gorszy dzień”, „dziwne uczucie w głowie, ból”, „chwilowe zaburzenie wzroku”. Czasem to tylko kilka sekund, jakieś mignięcie, coś, co łatwo zbagatelizować. Co łatwo zrzucić na stres, niewyspanie, presję życia. Czasem ból głowy może być dłuższy ale to przecież tylko sam ból. Czasem lekarz podchodzi bagatelizująco bo przecież „to nie ten wiek”, „to tylko ból głowy”, „może to od kręgosłupa”. A jednak… ten szept może być pierwszym ostrzeżeniem. Cichym, ale niezwykle poważnym. Bo jeśli się go nie usłyszy — może zmienić się w krzyk. W pełnoobjawowy udar, po k...

Kopniak od życia

Czasem życie podchodzi po cichu, bez zapowiedzi, i daje taki kopniak, że człowiek przez chwilę nie wie nawet, jak się nazywa. I choć to brutalne, to bywa… potrzebne. Bo nic tak nie otrzeźwia jak moment, w którym zdrowie pokazuje, że to ono decyduje — nie plany, nie ambicje, nie lista obowiązków. Zdrowie. To, o którym zawsze myślimy, że „jakoś będzie”. Do czasu, aż przychodzi dzień, w którym ta myśl przestaje wystarczać. Dostałam kolejny znak. Nie pierwszy, ale chyba najsilniejszy. Taki, który nie dotyczył już tylko bólu, sprawności, radzenia sobie lub nie… Tylko życia. Tego najcenniejszego z cennych. I nagle wszystko robi się inne: każdy oddech staje się trochę bardziej świadomy, każdy drobiazg zaczyna mieć znaczenie, a każde „nic mi nie jest” przestaje być wymówką. Tym razem naprawdę się przestraszyłam o swoje życie. Tak, jak chyba jeszcze nigdy wcześniej. Bo dotarło do mnie, że nikt z nas nie jest nieśmiertelny. Że naprawdę nie znamy ani dnia, ani godziny, ani tego, co wydarzy się za...

Paradoks wdzięczności

Życie jest tak przewrotne, że czasem sama siebie nie poznaję. Kiedyś omijałam lekarzy szerokim łukiem. Do rodzinnego chodziłam tylko wtedy, kiedy naprawdę już nie miałam wyjścia, a i tak wychodziłam z przychodni z przekonaniem, że poradzę sobie sama, że „przejdzie”, że szkoda czasu. A dziś? Dziś łapię się na tym, że… cieszę się z pobytu w szpitalu. Brzmi absurdalnie, prawda? Ale kiedy człowiek tyle miesięcy żyje w bólu, w niepewności, w ciągłych wizytach, wynikach, skierowaniach i kolejnych diagnozach — to szpital przestaje być strasznym miejscem. Staje się nadzieją. Bo może właśnie tam ktoś w końcu pomoże. Może ktoś wreszcie połączy kropki, zobaczy to, czego inni nie widzieli. Może to właśnie tam zacznie się leczenie, a nie tylko gaszenie objawów. To dziwne uczucie — być wdzięczną za coś, czego zawsze się bałam. Leżeć na szpitalnym łóżku i myśleć sobie: „Dobrze, że tu jestem. Naprawdę dobrze.” Bo gdy choroba zaczyna przejmować kontrolę nad życiem, szpital nagle nie jest już miejscem s...

Samotność, która porządkuje świat

Czasem potrzebuję po prostu wyjść. Zniknąć na chwilę z domu, z tego dobrze znanego otoczenia, które niby daje bezpieczeństwo, ale jednocześnie przyciąga wszystkie lęki, wspomnienia i niewypowiedziane myśli. Bo w domu wszystko jest „moje” – także te ciężkie emocje. Każdy kąt pamięta inne momenty, inne plany, inne wersje mnie. I czasem trudno jest myśleć trzeźwo w miejscu, które codziennie przypomina o tym, co było kiedyś i co utraciłam po drodze. Dlatego dobrze jest czasem uciec. Usiąść gdzieś poza wszystkim. W miejscu neutralnym – nie moim, nie obciążonym przeszłością. W ciszy, która nie przytłacza, tylko daje przestrzeń. Tam myśli są inne. Tam serce inaczej bije. Tam łatwiej dopuścić do siebie to, od czego w domu uciekam. I można w końcu przetrawić te wszystkie „dlaczego?”, „po co?” i „czemu tak?”. Można spojrzeć na życie z boku, bez emocjonalnego hałasu. Zrozumieć, że to, co kiedyś było, już nie wróci — i choć to trudne, trzeba się nauczyć żyć tu i teraz, a nie w wersji sprzed kilku ...

Jak to wszystko możliwe?

Czasem siedzę i patrzę w jeden punkt, próbując zrozumieć, jak to się stało, że moje życie tak bardzo skręciło z drogi, którą znałam. Jak to możliwe, że w takim wieku mam tyle chorób, że sama już gubię się w nazwach? Jak to się dzieje, że lekarze coraz częściej mówią: „to nietypowe jak na pani wiek”, a ja coraz częściej nie wiem, co im na to odpowiedzieć. Bo przecież ja sama nie wiem. Nie wiem skąd to, dlaczego, po co. Nie zamawiałam sobie tego życia z milionem wizyt, leków i badań. I wiesz co? Czasem już nawet nie płaczę. Czasem zamiast tego chce mi się śmiać — takim śmiechem z bezradności, z niedowierzania, z poczucia, że to wszystko brzmi jak scenariusz kiepskiego filmu, który ktoś mi wrzucił bez pytania. Bo tak to właśnie wygląda: kolejna diagnoza, kolejny lek, kolejne kontrole, kolejne specjalizacje na długiej liście. Jakby świat mówił: „poczekaj, to jeszcze nie wszystko, mam dla ciebie coś nowego”. A ja po prostu czasami czekam aż ktoś w końcu krzyknie: „Koniec! Ujęcie skończone!”...

„Kiedy choruje ciało – dostaje troskę.Kiedy choruje głowa – słyszy, że przesadza.”

Ostatnio natknęłam się na obrazek, który uderzył mnie prosto w serce. Narysowane płuca mówią: „Kiedy jesteśmy chore, dostajemy leki i opiekę”. A obok stoi malutki, zmęczony mózg: „Kiedy ja jestem chory, mówią mi, żebym nie przesadzał”. Niby prosty rysunek, a jednak wywołał we mnie lawinę wspomnień. Bo to jest trochę o mnie. O moich cichych wojnach, o których często nikt nie wiedział. O tym, że kiedy ciało krzyczało bólem – świat reagował. Lekarze, badania, recepty, zalecenia. Kiedy kręgosłup siadał, kiedy coś w środku paliło, ciągnęło, drętwiało – słyszałam: „musisz na siebie uważać”, „połóż się”, „odpocznij”. A kiedy chorowała głowa, kiedy przychodziły te najciemniejsze dni… wtedy najczęściej było cicho. Albo – co gorsza – słyszałam, że „może dramatyzuję”, „za dużo myślę”, „trzeba się wziąć w garść”. I tak jak na tym obrazku – ciało dostawało opiekę, a psychika dostawała… pouczenia. Pamiętam takie momenty, kiedy najbardziej potrzebowałam wsparcia, ale bałam się o tym powiedzieć. Wydaw...

Znowu walizka do szpitala

Znowu czeka mnie szpital. Odliczam dni, choć wcale nie chcę. Z jednej strony chciałabym, żeby to się już skończyło, a z drugiej — tak bardzo się boję. Boję się tego wszystkiego, co znane aż za dobrze: zimnych korytarzy, zapachu środków dezynfekcyjnych, monotonii dni, które zlewają się w jedno. Kiedy pomyślę, że w ciągu roku to będzie już piąty pobyt w szpitalu, sama nie wierzę, że to aż tyle. Kiedyś to były tylko wizyty kontrolne, drobne badania, szybkie wyjścia. Teraz szpital stał się częścią mojego życia — taką, której nie da się ominąć. Nie mam wyjścia. Muszę to przetrwać. Muszę wierzyć, że tym razem wszystko pójdzie dobrze, że to kolejny krok w stronę poprawy, choć droga wciąż wydaje się bardzo długa. Najtrudniejsze jest to oczekiwanie — między tym, co było, a tym, co dopiero nadejdzie. Ale wiem, że nie mogę się poddać. Może jeszcze nie teraz, może nie jutro, ale przyjdzie taki dzień, w którym nie będę musiała już pakować walizki do szpitala. A dziś pozostaje mi tylko jedno — spokó...

Kiedy chciałabym zniknąć

Są dni, kiedy ciało wydaje się największym więzieniem. Kiedy każdy ruch boli, a każdy oddech przypomina, że coś w środku wciąż nie działa tak, jak powinno. To wtedy przychodzi ta myśl — że chciałabym po prostu zniknąć. Na chwilę, na godzinę, na jeden bezbolesny dzień. Nie chodzi o ucieczkę od życia. Chodzi o ucieczkę od bólu. Od tej bezradności, kiedy wszystko jest za trudne — siedzenie, wstawanie, spanie, nawet oddychanie. Kiedy czuję się uwięziona w ciele, które przestało być domem, a stało się ciężarem. Są takie momenty, że chciałabym wyskoczyć z własnej skóry, zostawić to wszystko na chwilę za sobą. Zamknąć oczy i poczuć, jak to jest — nie czuć. Nie analizować, nie walczyć, nie liczyć godzin do kolejnej tabletki. Po prostu... być. Ale wtedy przypominam sobie, że mimo wszystko wciąż jestem tu. Że nawet w tym bólu wciąż jest kawałek mnie, która się nie poddaje. Która choć czasem chciałaby zniknąć, rano znów otwiera oczy i próbuje jeszcze raz. Bo może właśnie to jest odwaga — nie w ty...

Codzienność w trybie slow motion

Moje życie to trochę jak film w zwolnionym tempie. Inni biegną, ja… próbuję wstać z kanapy. Inni śmieją się spontanicznie, ja… sprawdzam, czy mam siłę uśmiechnąć się bez bólu. Inni planują wyjazdy, ja… planuję wyjście z mieszkania w granicach możliwości, z awaryjnym planem powrotu na kanapę. W tym zwolnionym tempie nawet proste czynności stają się przygodą. Przygotowanie herbaty? Misja niemożliwa, jeśli ręce odmawiają współpracy. Spacer do skrzynki pocztowej? Ekstremalny sport. Ale właśnie w tym tempie zauważam szczegóły, których inni nie dostrzegają: ciepło słońca na twarzy, śmiech dzieci na dworze, zapach świeżo parzonej kawy. I wiesz co? W tym zwolnionym tempie też jest coś komicznego. Bo jeśli już muszę żyć z ograniczeniami, to przynajmniej mogę zrobić z tego komedię. Obserwuję siebie, kręcąc głową, i myślę: „No dobrze… każdy dzień to Twój osobisty film, w którym główny bohater czasem dramatyzuje, czasem przewraca oczami, a czasem zasypia na kanapie w środku dnia.”  Bo w końcu,...

Jeszcze jedno badanie…

Zawsze jest jeszcze jedno. Jeszcze jedno badanie, jeszcze jedno skierowanie, jeszcze jedna konsultacja, jeszcze jedno „sprawdźmy to, żeby mieć pewność”. I człowiek już sam nie wie, czego ma się spodziewać. Z jednej strony — nadzieja, że może wreszcie coś się wyjaśni, że może tym razem będzie dobrze. A z drugiej — strach, że znowu coś wyjdzie nie tak. Bo przecież zawsze coś wychodzi. Z każdym kolejnym wynikiem rośnie niepewność. Bo gdy już wydaje się, że wszystko powoli zaczyna się układać, nagle pojawia się coś nowego. Kolejna nieprawidłowość, kolejne „to trzeba skontrolować”, kolejne „proszę jeszcze raz przyjść”. I znów człowiek wpada w ten sam wir — rejestracje, terminy, czekanie, wyniki, stres. Z czasem przestajesz się już cieszyć, że coś jest „prawie dobrze”. Z czasem przestajesz wierzyć, że to się kiedykolwiek skończy. Bo ciągle słyszysz tylko: jeszcze jedno badanie. I nagle orientujesz się, że całe życie kręci się wokół szpitali, przychodni, rejestracji. Że dni dzielą się nie na ...

Ten jeden kadr

Jest taki moment, który wraca. Nie wiem, czemu właśnie on, skoro w życiu było tyle innych — dobrych, złych, zwyczajnych. Ale to właśnie ten jeden kadr nie chce mnie opuścić. Czasem, tuż przed snem, widzę wszystko tak wyraźnie, jakby to działo się znów. Szpitalne światło, chłód powietrza, głosy w tle. I to uczucie... to przerażenie, kiedy po operacji otworzyłam oczy i zrozumiałam, że nie czuję jednej nogi. Że nie ruszam nią. Że jakby jej po prostu nie było. Tamten moment to była czysta panika. Płacz, którego nie da się powstrzymać, strach, który rozrywa od środka. Tyle miesięcy minęło, a ja wciąż to czuję. Jakby tamta ja – leżąca, bezsilna, zagubiona – dalej gdzieś we mnie żyła. Czasem udaje mi się o tym nie myśleć. Pomagają tabletki, pomagają rozmowy, czasem zwykłe zmęczenie dnia. Ale są noce, gdy budzę się nad ranem, a ten obraz znów jest przede mną. Jak film, którego nie mogę przewinąć, nie mogę wyłączyć, nie mogę zapomnieć. Może kiedyś się uda. Może przyjdzie taki dzień, że ten kadr...

Moje życie w kadrach

Czasem mam wrażenie, że moje życie to zbiór kadrów – jakby ktoś przeglądał album, w którym każdy obraz zatrzymał chwilę, emocję, zapach, spojrzenie. Niektóre z tych kadrów są ciepłe i miękkie, jak poranne światło wpadające przez okno. Inne ciemne, rozmazane, z łzami zamiast ostrości. Są zdjęcia z czasów, gdy jeszcze nie wiedziałam, czym jest ból. Gdy śmiałam się bez lęku, że zaraz coś się skończy. Są też te, których wolałabym nie oglądać – chwile z bólem, strachem, bezradnością. Ale nawet one są częścią mojej historii. Każdy kadr coś we mnie zostawił. Każdy czegoś nauczył. Patrzę czasem wstecz i widzę, że między tymi wszystkimi zdjęciami jest coś więcej – niewidzialna nić, która łączy wszystko w jedną opowieść. O przetrwaniu. O sile, której się nie planuje. O życiu, które potrafi być piękne nawet wtedy, gdy boli. I może właśnie o to chodzi – żeby nie bać się patrzeć na swoje kadry. Nawet te trudne. Bo to one przypominają, że wciąż tu jestem. Że mimo wszystko – trwam.

Złota jesień

Przyszła jesień. Na dworze zrobiło się pięknie, kolorowo, złociście. Te dni, kiedy słońce jeszcze grzeje, a powietrze pachnie lasem i mokrymi liśćmi — to chyba najpiękniejszy moment tej pory roku. Zawsze uwielbiałam jeździć na grzyby. Mogłam godzinami chodzić po lesie z koszykiem, wsłuchując się w ciszę i ten charakterystyczny szelest pod nogami. Znałam swoje miejsca, swoje ścieżki, swoje „pewniaki”. I ten moment, kiedy wśród mchów widać brązowy kapelusz — mały, niepozorny, ale taki cieszący. W tym roku nie mogłam pojechać. Nie dałabym rady schylać się, chodzić po lesie, dźwigać koszyka. I choć wiem, że to tylko jeden sezon, jedna jesień z wielu, to i tak zabolało. Bo czasem tęskni się nie tylko za miejscem, ale za samym sobą — tym dawnym, sprawnym, beztroskim. Ale może na przyszły rok się uda. Może znów stanę wśród drzew z koszykiem i poczuję ten zapach, który kojarzy mi się z domem i spokojem. A teraz zostaje mi patrzeć, jak liście spadają z drzew i układają się w kolorowy dywan. Cie...

Zamykam oczy, żeby choć na chwilę nie czuć

Każdego wieczoru przychodzi ten moment, kiedy ciało jest zmęczone, ale głowa wciąż nie potrafi się zatrzymać. Myśli kotłują się, pytania bez odpowiedzi krążą w kółko. Wszystko, co chciałabym na chwilę uciszyć, wtedy właśnie staje się głośniejsze. Zasypiam tylko dzięki tabletkom. Bez nich nie zmrużyłabym oka. Bo jak zasnąć, kiedy w środku tyle niepokoju, tylu wspomnień, tylu słów, które chciało się wypowiedzieć, ale zabrakło sił? Te małe tabletki to nie wybór, tylko konieczność – jedyna droga do chwili ciszy, do kilku godzin, w których mogę nie czuć. Kiedy zamykam oczy, nie szukam już snów. Szukam spokoju. Takiego prostego, cichego spokoju, który nie pyta, nie przypomina, nie boli. Choćby na chwilę. Choćby na oddech. Bo czasem właśnie ta chwila ciszy jest wszystkim, co mam.

Wszystko dzieje się po coś

Cały wieczór o tym myślałam. O tym, że może to wszystko, co się dzieje, wcale nie dzieje się bez przyczyny. Że może ten chaos, przez który czasem przechodzimy, ma swój ukryty sens. Może każda sytuacja, nawet ta najtrudniejsza, jest po coś. I te dobre chwile, i te złe. Może wszystko naprawdę ma swój cel, tylko nie zawsze potrafimy go od razu dostrzec. Może to wszystko miało tak być. Może nie bez powodu tyle razy coś stawało mi na drodze, kiedy próbowałam awansować. A kiedy w końcu się udało – los i tak poprowadził mnie w zupełnie inną stronę. Może właśnie tak miało być. Może to wszystko miało ułożyć nasze życie po swojemu, żeby mąż zmienił pracę i wreszcie był w domu. Może po to, żebyśmy z synem mogli spędzać razem więcej czasu, mimo że dorasta, mimo że powoli idzie swoją drogą. Może to wszystko miało nas nauczyć, jak kruche jest zdrowie. Jak łatwo można stracić to, co kiedyś wydawało się oczywiste. Może miało mi pokazać, że praca i pieniądze nie są wszystkim. Że czasem trzeba się zatrz...

Ta książka może pomóc Ci przetrwać

Czasem nie trzeba znać kogoś osobiście, żeby poczuć, że rozumie. Czasem wystarczy kilka zdań, które brzmią tak, jakby ktoś napisał je prosto z Twojego serca. Moja książka powstała właśnie z takiej potrzeby – żeby dać głos wszystkim, którzy zmagają się z przewlekłą chorobą, z bólem, z codziennym zmęczeniem, które widzą tylko oni sami. Dla tych, którzy próbują się uśmiechać, choć w środku wszystko krzyczy. To nie jest poradnik medyczny. To opowieść o tym, jak przetrwać dni, kiedy nic nie ma sensu. O sile, która przychodzi wtedy, gdy wydaje się, że już jej nie ma. O małych gestach, o wsparciu, o cichych zwycięstwach, które potrafią znaczyć więcej niż wielkie sukcesy. Jeśli kiedykolwiek czułaś, że nikt Cię nie rozumie… Jeśli masz wrażenie, że Twoje życie zatrzymało się między bólem a nadzieją… Ta książka jest dla Ciebie. Nie obiecam, że po jej przeczytaniu wszystko nagle się zmieni. Ale może znajdziesz w niej choć jedno zdanie, które pomoże Ci przetrwać. A czasem to jedno zdanie wystarczy,...

W zawieszeniu między jednym wynikiem a drugim

Istnieje taki stan, w którym się nie żyje – tylko trwa. Nie naprzód, nie wstecz. Po prostu… w zawieszeniu. Między jednym wynikiem a drugim. Między „proszę zaczekać” a „zadzwonimy”. Między drżeniem serca a próbą wmówienia sobie, że wszystko będzie dobrze. To życie w trybie „czekania”. Na poprawę, która się spóźnia. Na lekarza, który być może w końcu coś powie. Na datę wizyty, której termin wydaje się nawet nie na jutro – tylko na inną planetę. Każdy dzień zaczyna się od pytania: czy dziś dowiem się czegoś więcej? A kończy zdaniem: może jutro… Czas w zawieszeniu jest dziwnie gęsty – z jednej strony ciągnie się jak wieczność, a z drugiej umyka tak szybko, że nie wiadomo, gdzie się podział kolejny miesiąc. I nagle orientujesz się, że kolejka do badań trwa dłużej niż Twoja cierpliwość, a czekanie stało się drugim imieniem Twojego życia. Życie w oczekiwaniu to nie cisza – to ogromny wewnętrzny hałas. Myśli, które nie chcą milknąć. Serca, które bije szybciej przy każdym nieznanym numerze. Ocz...

Dlaczego ja

Minęło już tyle czasu. Tyle dni, miesięcy, chwil, które miały coś zmienić – a ja wciąż nie potrafię się z tym pogodzić. Z tą chorobą. Z tym, że stała się częścią mnie, choć nigdy jej nie chciałam. Czasami po prostu ją toleruję – udaję, że da się z nią żyć, że to tylko kolejny etap, że przyzwyczajenie przychodzi z czasem. A czasem próbuję udawać, że jej nie ma. Że jestem taka jak dawniej, choć głęboko w środku wiem, że już nigdy nie będę. Ale najczęściej… myślę tylko o niej. O tym, jak bardzo zmieniła wszystko. Jak odebrała mi beztroskę, spontaniczność, radość z najprostszych rzeczy. Jak zamknęła mnie w ciele, które nie nadąża za moimi pragnieniami. I wciąż zadaję sobie te same pytania: Dlaczego ja? Od czego to się zaczęło? Czemu właśnie mnie? Nie znajduję odpowiedzi. I może nigdy ich nie znajdę. Niektórzy mówią, że z czasem człowiek się przyzwyczaja. Ale ja nie potrafię. Nie umiem pokochać czegoś, co każdego dnia odbiera mi kawałek mnie samej. Więc po prostu żyję – między zgodą a bunte...

Nieidealna codzienność

Kiedyś chciałam, żeby wszystko było idealne. Żeby mieszkanie błyszczało, podłogi pachniały, a okna lśniły w słońcu. Żeby każdy dzień miał plan, sens i porządek. Ale życie szybko nauczyło mnie, że idealnie jest tylko w reklamach. Dziś coraz częściej pozwalam sobie na nieidealność. Na bałagan w kuchni po dniu, kiedy brakło sił. Na okna, przez które słońce wciąż wpada, nawet jeśli nie są perfekcyjnie czyste. Na dzień, kiedy zamiast sprzątać – po prostu odpoczywam. Bo czasem to właśnie ten bałagan jest dowodem, że żyję. Że toczy się życie – prawdziwe, niepodrasowane, z bólem, zmęczeniem i małymi radościami pomiędzy. Nie zawsze się uśmiecham, nie zawsze daję radę. Ale nawet wtedy, gdy wszystko wokół wygląda jak chaos, staram się widzieć w tym kawałek siebie. Nieidealna codzienność też ma w sobie piękno. Czasem wystarczy tylko przestać z nią walczyć.

Coraz więcej świateł pamięci

Z roku na rok coraz więcej grobów do odwiedzenia. Coraz więcej imion, które kiedyś znaczyły codzienność, a dziś mieszczą się w jednym słowie — pamięć. W tych dniach czuje się szczególnie, jak kruche jest życie. Jak cienka jest granica między „być” a „było”. I jak często zapominamy, że człowiek nie zna dnia ani godziny. A przecież każdy z nas ma tylko chwilę — chwilę, żeby powiedzieć „kocham”, „przepraszam”, „dziękuję”. Kiedy patrzę na morze świateł na cmentarzu, widzę nie tylko żal, ale też wdzięczność. Bo każde z tych świateł to dowód, że ktoś był, że ktoś żył, że ktoś zostawił ślad. I my też zostawiamy swoje ślady — w ludziach, w gestach, w słowach. Oby były dobre.