Czasem siedzę i patrzę w jeden punkt, próbując zrozumieć, jak to się stało, że moje życie tak bardzo skręciło z drogi, którą znałam. Jak to możliwe, że w takim wieku mam tyle chorób, że sama już gubię się w nazwach? Jak to się dzieje, że lekarze coraz częściej mówią: „to nietypowe jak na pani wiek”, a ja coraz częściej nie wiem, co im na to odpowiedzieć.
Bo przecież ja sama nie wiem.
Nie wiem skąd to, dlaczego, po co.
Nie zamawiałam sobie tego życia z milionem wizyt, leków i badań.
I wiesz co?
Czasem już nawet nie płaczę.
Czasem zamiast tego chce mi się śmiać — takim śmiechem z bezradności, z niedowierzania, z poczucia, że to wszystko brzmi jak scenariusz kiepskiego filmu, który ktoś mi wrzucił bez pytania.
Bo tak to właśnie wygląda:
kolejna diagnoza, kolejny lek, kolejne kontrole, kolejne specjalizacje na długiej liście. Jakby świat mówił: „poczekaj, to jeszcze nie wszystko, mam dla ciebie coś nowego”.
A ja po prostu czasami czekam aż ktoś w końcu krzyknie:
„Koniec! Ujęcie skończone!”
Że wyjdę z tej sceny, otrzepię się i wrócę do zwykłego życia, w którym nic nie boli, nic nie drętwieje, nic nie straszy.
Ale to nie film.
To jest moje życie — trudne, poplątane, chwilami absurdalne.
I choć nie rozumiem, czemu dostałam aż tyle na raz, to jakoś każdego dnia zbieram się od nowa. Bo jeśli los postanowił tak mnie sprawdzić, to chyba jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa.
Komentarze
Prześlij komentarz