Przejdź do głównej zawartości

W zawieszeniu między jednym wynikiem a drugim

Istnieje taki stan, w którym się nie żyje – tylko trwa. Nie naprzód, nie wstecz. Po prostu… w zawieszeniu. Między jednym wynikiem a drugim. Między „proszę zaczekać” a „zadzwonimy”. Między drżeniem serca a próbą wmówienia sobie, że wszystko będzie dobrze.

To życie w trybie „czekania”.
Na poprawę, która się spóźnia.
Na lekarza, który być może w końcu coś powie.
Na datę wizyty, której termin wydaje się nawet nie na jutro – tylko na inną planetę.

Każdy dzień zaczyna się od pytania: czy dziś dowiem się czegoś więcej? A kończy zdaniem: może jutro…

Czas w zawieszeniu jest dziwnie gęsty – z jednej strony ciągnie się jak wieczność, a z drugiej umyka tak szybko, że nie wiadomo, gdzie się podział kolejny miesiąc. I nagle orientujesz się, że kolejka do badań trwa dłużej niż Twoja cierpliwość, a czekanie stało się drugim imieniem Twojego życia.

Życie w oczekiwaniu to nie cisza – to ogromny wewnętrzny hałas. Myśli, które nie chcą milknąć. Serca, które bije szybciej przy każdym nieznanym numerze. Oczu, które uczą się wypatrywać nadziei nawet w krótkim: „Może być lepiej, ale musimy jeszcze poczekać”.

Czekanie uczy pokory.
Ale też obnaża bezsilność.
Sprawdza siłę.
I łamie ją po trochu każdego dnia.

A jednak w tym zawieszeniu czasem wydarza się coś ważnego – zaczynamy doceniać drobiazgi. Nie dlatego, że nagle staliśmy się mistrzami wdzięczności. Ale dlatego, że chcemy złapać cokolwiek, co pozwoli nam oddychać, zanim znowu zanurzymy się w niepewność.

W trybie „czekania” człowiek zaczyna rozumieć, jak cenne jest „tu i teraz”, nawet jeśli jest ono trochę bolesne, trochę niepewne, trochę drżące. Bo skoro nie mamy wpływu na to, co przyniesie wynik, to może chociaż spróbujemy odnaleźć małe światło między jednym a drugim terminem.

Nie wiem, kiedy skończy się moje czekanie.
Nie wiem, czy kolejny wynik przyniesie ulgę czy kolejny niepokój.
Ale wiem jedno – choć stoję w miejscu, to moje serce powoli uczy się, że nawet w zawieszeniu można oddychać.

Nawet jeśli na razie tylko krótkimi, ostrożnymi oddechami.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Nie jestem już tą samą osobą. I wcale nie chcę wracać

Zmieniłam się. Naprawdę. I to nie jest tylko kwestia czasu, przeżyć, doświadczeń. To nie jest „dojrzałość” czy „życiowa mądrość”. To też — ale nie tylko. To przede wszystkim spokój, który przyszedł nie sam. Przyszedł dzięki tabletkom, które przepisał lekarz. Nie wstydzę się tego. Nie ukrywam tego. Bo prawda jest taka, że uratowały mnie. Uratowały mnie ode mnie samej. Od głupich myśli i rozważań, które mogły doprowadzić do tragedii. Nie jestem już tą samą osobą. Kiedyś byłam ciągle na krawędzi. Wybuchałam, płakałam, czepiałam się o bzdury. Nosiłam w sobie napięcie, którego nie umiałam rozładować inaczej niż złością. Nerwy były we mnie jak sprężyna, gotowa do odbicia przy najdrobniejszym dotyku. Teraz jestem spokojniejsza. Nie taka zupełnie „inna”. Po prostu... złagodniałam. Jest we mnie więcej wyrozumiałości. Więcej ciszy. Mniej potrzeby, żeby wygrywać każdą emocjonalną wojnę. Nie twierdzę, że wszystko jest idealnie. Noce wciąż są trudne. Myśli nie zasypiają wtedy, kiedy ja próbuję. Cza...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...