Przejdź do głównej zawartości

Wszystko dzieje się po coś

Cały wieczór o tym myślałam. O tym, że może to wszystko, co się dzieje, wcale nie dzieje się bez przyczyny. Że może ten chaos, przez który czasem przechodzimy, ma swój ukryty sens. Może każda sytuacja, nawet ta najtrudniejsza, jest po coś. I te dobre chwile, i te złe. Może wszystko naprawdę ma swój cel, tylko nie zawsze potrafimy go od razu dostrzec.

Może to wszystko miało tak być. Może nie bez powodu tyle razy coś stawało mi na drodze, kiedy próbowałam awansować. A kiedy w końcu się udało – los i tak poprowadził mnie w zupełnie inną stronę. Może właśnie tak miało być. Może to wszystko miało ułożyć nasze życie po swojemu, żeby mąż zmienił pracę i wreszcie był w domu. Może po to, żebyśmy z synem mogli spędzać razem więcej czasu, mimo że dorasta, mimo że powoli idzie swoją drogą.

Może to wszystko miało nas nauczyć, jak kruche jest zdrowie. Jak łatwo można stracić to, co kiedyś wydawało się oczywiste. Może miało mi pokazać, że praca i pieniądze nie są wszystkim. Że czasem trzeba się zatrzymać, nawet jeśli cały świat biegnie dalej.

Może to wszystko miało nauczyć mnie pokory. Tego, że nie zawsze możemy być samodzielni, że nie wszystko da się zaplanować i kontrolować. Że czasem trzeba po prostu przyjąć to, co przynosi życie — z całą jego nieprzewidywalnością.

A może… to wszystko dzieje się po to, żebyśmy nauczyli się innego życia. Żebyśmy wreszcie zwolnili, spojrzeli na siebie nawzajem, żebyśmy byli bliżej. Może właśnie o to w tym wszystkim chodzi — żeby zacząć żyć naprawdę. Nie tylko pracą, nie tylko obowiązkami, ale chwilami, które się liczą.

Bo może naprawdę… wszystko dzieje się po coś.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Nie jestem już tą samą osobą. I wcale nie chcę wracać

Zmieniłam się. Naprawdę. I to nie jest tylko kwestia czasu, przeżyć, doświadczeń. To nie jest „dojrzałość” czy „życiowa mądrość”. To też — ale nie tylko. To przede wszystkim spokój, który przyszedł nie sam. Przyszedł dzięki tabletkom, które przepisał lekarz. Nie wstydzę się tego. Nie ukrywam tego. Bo prawda jest taka, że uratowały mnie. Uratowały mnie ode mnie samej. Od głupich myśli i rozważań, które mogły doprowadzić do tragedii. Nie jestem już tą samą osobą. Kiedyś byłam ciągle na krawędzi. Wybuchałam, płakałam, czepiałam się o bzdury. Nosiłam w sobie napięcie, którego nie umiałam rozładować inaczej niż złością. Nerwy były we mnie jak sprężyna, gotowa do odbicia przy najdrobniejszym dotyku. Teraz jestem spokojniejsza. Nie taka zupełnie „inna”. Po prostu... złagodniałam. Jest we mnie więcej wyrozumiałości. Więcej ciszy. Mniej potrzeby, żeby wygrywać każdą emocjonalną wojnę. Nie twierdzę, że wszystko jest idealnie. Noce wciąż są trudne. Myśli nie zasypiają wtedy, kiedy ja próbuję. Cza...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...