Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z wrzesień, 2025

Zapiski z łóżka

Czasami mam wrażenie, że moje łóżko wie o mnie więcej niż ktokolwiek inny. To tutaj spędzam godziny, dni, a czasem tygodnie. I choć mogłoby się wydawać, że w tej przestrzeni nic się nie dzieje, ja wiem, że właśnie tutaj toczy się całe moje życie. Z jednej perspektywy obserwuję świat – przez okno, przez ekran telefonu, przez własne myśli. Słyszę śmiech innych ludzi z dworu, czytam o podróżach, o sukcesach, o codzienności, która biegnie gdzieś obok mnie. I choć moje ciało często zatrzymuje mnie w miejscu, moja głowa wędruje dalej. Łóżko stało się miejscem rozmów, łez, śmiechu, zmęczenia, ale też małych zwycięstw. To tutaj uczę się cierpliwości, kiedy ciało mówi: „stop”. To tutaj walczę ze swoimi demonami, z ciszą, która bywa głośniejsza niż jakikolwiek krzyk. To tutaj piszę własne „zapiski” – myślami, sercem, tym, czego nikt nie widzi. Może dla innych to tylko kawałek mebla. Ale dla mnie to świadek. Świadek chwil bezsilności, ale i dowód, że nawet w miejscu można wciąż żyć, przeżywać, cz...

Wracam po przerwie

Przez chwilę mnie tu nie było. Nie dlatego, że zabrakło mi słów, ale dlatego, że rozłożyła mnie choroba. A gdy ona przyszła, zabrała ze sobą wszystko – resztki energii, chęci, a nawet zdolność do najprostszych rzeczy. Nie dość, że czułam się źle fizycznie, to dodatkowo wzmożyła wszystkie moje dolegliwości i codzienny ból. Każdy dzień był walką o przetrwanie. Nie miałam siły myśleć, pisać, a nawet patrzeć w komputer czy telefon. Choroba zamknęła mnie w ciszy i zmusiła, bym odpuściła wszystko, co dotąd choć trochę trzymało mnie przy normalności. Ale dziś wreszcie jest lepiej. Powoli wracam do siebie i do tego, co mogę nazwać swoimi codziennymi „obowiązkami”. Choć tak naprawdę to nie obowiązki, a raczej małe kotwice – rzeczy, które dają mi poczucie, że mimo choroby wciąż mam swoje miejsce, swoje słowa i swoją przestrzeń. I może to niewiele, ale dla mnie to ogrom. Bo po każdym upadku możliwość powrotu – nawet do tych drobnych rzeczy – jest jak oddech, którego tak bardzo brakowało. Czasem n...

Życie na pauzie

Patrzę na świat wokół i widzę, jak wszystko biegnie do przodu. Znajomi zmieniają prace, podróżują, przeżywają kolejne etapy swojego życia. Ich dni wydają się pełne ruchu, zmian, nowych historii do opowiedzenia. A ja mam wrażenie, że zatrzymałam się w jednym kadrze. Jakby ktoś nacisnął przycisk „pauza” i zostawił mnie w pół zdania, w pół drogi. Tylko że nie wiem, kiedy znowu włączy się „play”. Nie wiem, czy będę mogła dalej biec, czy w ogóle wrócę na tę samą ścieżkę, z której zeszłam. Czasem mam wrażenie, że stoję obok swojego życia, obserwując, jak ono toczy się gdzieś dalej, beze mnie. Że wszystko, co planowałam, czeka cierpliwie w zawieszeniu – aż zdrowie pozwoli, aż los się zlituje, aż odzyskam siły. I to boli. Bo w środku wciąż jestem tą samą osobą, która chce doświadczać, odkrywać, żyć. Tylko ciało i okoliczności zatrzymały mnie w miejscu. Ale może ta pauza ma też swój sens? Może uczy mnie doceniać to, co zwykle umyka w biegu – ciszę, obecność, te małe chwile, które nie potrzebują...

Rozmowy, których unikam

Są takie rozmowy, których nie chcę prowadzić. Nie dlatego, że nie mam odwagi, ale dlatego, że ranią – choć często nikt nie ma złych intencji. Padają pytania niby zwyczajne, niby troskliwe: „A kiedy wrócisz do pracy?”, „To co, pójdziesz na rentę?”, „Na pewno spróbowałaś wszystkiego?”. I wtedy w środku coś pęka. Bo jak odpowiedzieć, by nie zranić drugiej osoby, a jednocześnie nie rozdrapać swoich ran? Jak ubrać w słowa cały ciężar choroby, bezsilności i prób, które podejmowało się setki razy – czasem z nadzieją, czasem już tylko z poczucia obowiązku? Bywa i tak, że zamiast ulgi słyszę słowa pocieszenia, które miały dodać otuchy, a tak naprawdę tylko dokładają ciężaru. „Inni mają gorzej”, „Musisz być silna”, „Dasz radę, zobaczysz”, "Na pewno jeszcze wrocisz do swojej pracy". Może i mają rację… ale w tamtej chwili nie potrzebuję porównań ani motywacyjnych haseł. Potrzebuję ciszy, obecności, zwykłego zrozumienia. Dlatego nauczyłam się omijać niektóre rozmowy. Nie z egoizmu, nie z ...

Czasem największym sukcesem jest po prostu przetrwać dzień

Nie każdy dzień jest piękny. Nie każdy przynosi radość, lekkość i siłę. Są takie chwile, kiedy każdy krok waży tonę, a każda myśl staje się ciężarem, który przygniata do ziemi. To dni, w których nie ma miejsca na wielkie plany, na ambitne cele, na podboje świata. Ale właśnie wtedy odkrywam, że sukces ma różne twarze. Czasem nie polega na zdobyciu szczytów, a jedynie na tym, by nie runąć w przepaść. Nie polega na tym, by błyszczeć, ale by wytrwać. By przeżyć dzień – mimo bólu, mimo zmęczenia, mimo własnych słabości. To nie jest porażka. To siła. Siła cicha, niewidoczna, ale ogromna. Siła, której nie mierzy się aplauzem ani osiągnięciami, lecz tym, że mimo wszystko wciąż tu jestem. Wciąż próbuję. Wciąż walczę. I może dla świata to niewiele, ale dla mnie – to zwycięstwo. Bo czasem największym sukcesem naprawdę jest… po prostu przetrwać dzień.

Nie jestem tylko chora. Jestem też śmieszna, cicha, ironiczna i czasem bardzo silna.

Czasami mam wrażenie, że dla innych jestem tylko jedną etykietą – chora. Jakby wszystko, co mnie definiuje, sprowadzało się do tego, w jakim stanie jest moje ciało. Jakby cała reszta – moje myśli, poczucie humoru, charakter, emocje – zniknęły w cieniu diagnoz, szpitali i tabletek. Ale przecież to nieprawda. Nie jestem tylko chora. Jestem też śmieszna – potrafię żartować z rzeczy, które innych wprawiają w zakłopotanie. Jestem cicha – bo często więcej obserwuję niż mówię, i w tym też jest moja siła. Jestem ironiczna – bo czasem tylko sarkazm potrafi unieść ciężar tego, co naprawdę czuję. Jestem też silna – choć ta siła bywa inna niż u zdrowych. Moja polega na tym, że wstaję, kiedy nie mam siły wstać. Że próbuję, nawet gdy mam ochotę się poddać. Choroba nie zabrała mi wszystkiego. Nie zabrała mojej osobowości, mojego wnętrza, moich pasji i tego, kim naprawdę jestem. Ona jest częścią mojego życia, ale nie całością. Nie można mnie zamknąć w szufladzie z napisem „pacjentka” i udawać, że nic ...

Jak nie zwariować, gdy ciało mówi „stop”, a głowa chce biec

To jedna z najtrudniejszych lekcji, jakie dostałam od życia – nauczyć się zatrzymywać wtedy, gdy ciało nie daje już rady, mimo że w głowie wciąż kipi od pomysłów, planów i pragnień. To zderzenie dwóch światów: serca, które chce żyć pełnią, i organizmu, który mówi: „zwolnij, odpocznij, daj mi czas”. Długo miałam w sobie bunt. Złość, że inni mogą, a ja muszę liczyć siły na zamiary. Żal, że to, co kiedyś było oczywiste, dziś bywa poza zasięgiem. A najgorsze były wyrzuty sumienia – że nie zrobiłam tyle, ile powinnam, że odpuściłam, że się poddałam. Ale prawda jest inna. To nie jest poddanie się. To nie jest słabość. To mądrość – trudna, bolesna, ale potrzebna. Bo ciało i głowa muszą iść w parze, a nie przeciwko sobie. Jeśli jedno mówi „stop”, to drugie też musi nauczyć się słuchać. Dziś wiem, że czasem największą odwagą jest nie pędzić za wszelką cenę, tylko pozwolić sobie na odpoczynek bez poczucia winy. Bo troska o siebie nie jest egoizmem – jest koniecznością. A równowaga nie polega na ...

Są dni, kiedy nie boli aż tak. I to już jest powód do radości

Kiedyś nie zastanawiałam się nad tym, jakim darem jest zwykły dzień bez bólu. Budziłam się rano i po prostu żyłam – bez analizowania, bez lęku, bez myśli, jak długo wytrzymam. To było coś tak naturalnego, że nawet nie zwracałam na to uwagi. Dziś jest inaczej. Dziś wiem, że każdy dzień, w którym nie boli aż tak, to prezent. Cichy, niepozorny, ale dla mnie bezcenny. Nauczyłam się cieszyć chwilą, w której mogę odetchnąć spokojniej, w której ciało choć na moment daje mi odrobinę ulgi. To nie jest już oczywistość – to powód do wdzięczności. Bo wdzięczność nie rodzi się wtedy, gdy dostajemy wielkie rzeczy. Ona kiełkuje w małych momentach, w tych drobnych przebłyskach normalności, które dawniej mijały niezauważone. I choć wciąż bywa ciężko, choć często życie przygniata bardziej niż bym chciała – uczę się, że nawet najmniejsza iskra ulgi potrafi rozświetlić cały dzień. A uśmiech pojawia się wtedy nie z powodu wielkich zwycięstw, lecz dlatego, że dziś… nie boli aż tak.

Zawsze wojowniczką, bo los nigdy nie pozwolił mi być księżniczką

Czasami mam wrażenie, że moje dorosłe życie od samego początku było próbą sił. Nie dostałam od losu wygodnej drogi, na której mogłabym spokojnie stawiać kroki. Zamiast tego – przeszkody, zakręty, a najczęściej walka z tym, co niewidoczne dla oczu innych. Choroby, cierpienie, ból… one stały się nieproszonym towarzyszem całej naszej rodziny. U każdego po kolei. Tak, jakby choroby zamieszkały w naszym domu na stałe.  Kiedyś myślałam, że z czasem będzie łatwiej, że po trudnym etapie przyjdzie w końcu oddech, chwila spokoju, że dostanę szansę poczuć się jak ktoś, kto choć przez moment żyje „normalnie”. Ale życie pokazało, że zamiast róż na drodze – dostaję coraz więcej kamieni. I że nawet kiedy upadam, muszę wstać. Bo nikt nie podniesie mnie za mnie. Nigdy nie byłam księżniczką. Los na to nie pozwolił. Nie było ochronnej bańki, beztroski, bajkowych chwil bez trosk. Była twarda lekcja życia, która zmusiła mnie, bym zamiast korony założyła zbroję. Czasami mam dość tej wojny, czasami mam d...

Najpierw marnujemy zdrowie, żeby dojść do pieniędzy, a potem marnujemy pieniądze, żeby dojść do zdrowia

Kiedyś goniłam. Za pracą, za obowiązkami, za tym, żeby wszystko było „na czas”. Zdarzało się, że rezygnowałam ze snu, z odpoczynku, z chwili dla siebie – bo wydawało mi się, że muszę, że inaczej świat się zawali. Zdrowie zawsze odkładałam na później. Bo przecież młody organizm wytrzyma, bo tabletka przeciwbólowa wystarczy, bo „jakoś dam radę”. A potem przyszedł dzień, w którym to zdrowie wystawiło mi rachunek. I nagle wszystko, co wcześniej było najważniejsze – praca, obowiązki, bieganie od sprawy do sprawy – przestało mieć znaczenie. Liczyło się tylko jedno: odzyskać choć część tego, co bezpowrotnie straciłam. Dziś rozumiem, jak przewrotne jest życie. Najpierw dajemy z siebie wszystko, by zdobyć pieniądze. A kiedy już je mamy – wydajemy je na lekarzy, zabiegi, rehabilitację. Paradoks, którego nie dostrzega się wtedy, gdy biegnie się bez tchu. Teraz staram się żyć inaczej. Uczę się zatrzymywać, doceniać ciszę, słuchać własnego ciała. Wiem, że pieniądze nigdy nie zwrócą mi zdrowia. Ale ...

Moje słowa wreszcie stały się książką

Nie wierzyłam, że ten dzień nadejdzie. Pisałam z potrzeby serca, bo musiałam wyrzucić z siebie emocje, ból, refleksje. Z początku miał to być tylko blog, później zbiór notatek, a dziś… to już książka. Moja książka. Jest już dostępna do kupienia – na razie w formie ebooka (PDF). To dopiero początek i sama nie wiem, dokąd mnie ta droga zaprowadzi. Może kiedyś pojawi się też wersja drukowana, którą będzie można wziąć do rąk, powąchać świeżą farbę drukarską i postawić na półce. Ale nawet jeśli nie – już teraz czuję ogromną dumę, że udało mi się stworzyć coś tak ważnego. Ta książka to nie fikcja. To ja – w każdym zdaniu, w każdej historii, w każdej refleksji. To zapis mojej drogi, mojej walki i mojego uczenia się, jak iść dalej mimo wszystkiego. Dziękuję wszystkim, którzy byli ze mną od początku – czytali bloga, komentowali, wspierali dobrym słowem. Bez Was ta książka pewnie nigdy by nie powstała. Dziś mogę wreszcie powiedzieć: moje słowa mają swój dom – w książce, którą oddaję w Wasze ręce...

Nie wybieram choroby. Ale wybieram, jak z nią żyję.

Choroba przyszła do mnie bez pytania. Wdarła się w moje życie, odebrała mi plany, siły, czasami nawet poczucie, że jestem tą samą osobą co kiedyś. I nie miałam na to żadnego wpływu. Nie wybierałam tego. Ale dziś wiem, że mogę wybierać coś innego. Mogę wybierać, jak z tą chorobą żyję. Mogę odzyskiwać kontrolę tam, gdzie się da – choćby w drobiazgach. W decyzjach, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się małe, ale w moim świecie znaczą wszystko. Wybieram codziennie, że wstanę i spróbuję. Że zrobię krok więcej, choćby powoli. Że uśmiechnę się do psa, do bliskich, do samej siebie w lustrze – nawet jeśli w środku boli. Że nie dam się zdefiniować tylko przez to, co mi zabrano, ale spróbuję budować siebie na nowo. To nie są wielkie rewolucje. To są małe decyzje, które stają się cegiełkami w odzyskiwaniu kawałków mnie samej. Bo tam, gdzie choroba wciąż zabiera, ja próbuję odbudować. Nie mam wpływu na wszystko. Ale mam wpływ na coś. I to „coś” daje mi poczucie, że nadal jestem sobą.

Cisza, która leczy

Cisza ma w sobie coś, czego nie da się kupić ani zastąpić. W chorobie odkryłam, że potrzebuję jej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. To nie jest zwykłe milczenie. To przestrzeń, w której mogę oddychać, odpocząć od nadmiaru bodźców, od hałasu, od ciągłego tłumu myśli. Samotność w chorobie bywa trudna, ale paradoksalnie – czasem właśnie ona leczy. Bo w ciszy nie muszę nikomu nic udowadniać. Nie muszę udawać, że mam siłę, gdy jej nie mam. Nie muszę tłumaczyć bólu, którego i tak nikt w pełni nie zrozumie. Cisza daje mi prawo do tego, by po prostu być – słabą, zmęczoną, bez masek. Ale wiem też, że cisza i samotność to nie to samo. Cisza to wybór. To świadome wycofanie się na chwilę, żeby zebrać siły. Osamotnienie to brak drugiego człowieka wtedy, kiedy najbardziej go potrzebuję. I to boli zupełnie inaczej. Dlatego uczę się odróżniać te dwie rzeczy. Ciszę przyjmuję jak lekarstwo – daje mi ukojenie, pomaga mi spojrzeć w głąb siebie i znaleźć odrobinę spokoju tam, gdzie na co dzień rządzi bó...

Rehabilitacja po swojemu – moje triki i drobne ułatwiacze

Rehabilitacja to nie tylko ćwiczenia z fizjoterapeutą. To cała codzienność, którą trzeba dostosować do ciała – czasem upartego, czasem obolałego, a czasem po prostu zmęczonego. Ja też szukałam swoich sposobów. Małych trików, które sprawiają, że życie staje się trochę wygodniejsze. Może komuś z Was też się przydadzą. 1. Piłka rehabilitacyjna zamiast krzesła Kiedy kręgosłup buntuje się na zwykłym siedzeniu, piłka rehabilitacyjna okazuje się zbawieniem. Nie siedzę na niej godzinami, ale kilkanaście minut dziennie potrafi odciążyć plecy, a przy okazji „włącza” mięśnie brzucha i pośladków. 2. Poduszka ortopedyczna Inwestycja, która naprawdę zmienia codzienność. Na specjalnej poduszce ortopedycznej śpię i leżę dużo lepiej – kark mniej boli, głowa odpoczywa, a ciało rano nie buntuje się tak bardzo. To drobiazg, a potrafi zrobić różnicę w jakości snu. 3. Małe porcje ruchu zamiast maratonów Nie ćwiczę długo. Ćwiczę krótko, ale kilka razy w ciągu dnia. To mniej obciąża i daje poczucie, że „coś z...

Mam dość bólu

Już nie wytrzymuję. Nie umiem udawać, że to „tylko chwilowe”, że „będzie lepiej”, że wystarczy przeczekać. Ten ból jest ze mną już ponad rok. Wchodzi w każdą chwilę mojego dnia, w każdy oddech, w każdą próbę normalności. Co z tego, że na kilka godzin uśmierzę go mocnymi lekami, żeby pojechać na zakupy albo do lekarza? To nie jest życie. To jest wegetacja. Egzystencja w zawieszeniu. Czasami mam wrażenie, że moje dni dzielą się tylko na te przed tabletką i te po niej. Na kilka godzin ulgi i na wieczne czekanie, aż znowu zacznie boleć. Faszeruję się lekami, bo nie mam wyjścia, a jednocześnie czuję, jak bardzo mnie one wykańczają. I ciągle mam nadzieję. Nadzieję, że coś w końcu zadziała na dłużej. Że ból odpuści na dłużej niż te kilka godzin. Że obudzę się pewnego dnia i poczuję, że naprawdę żyję, a nie tylko walczę o przetrwanie. Czekam. I czekam. I nie mogę się doczekać. A w głowie wciąż powraca pytanie: ile jeszcze można czekać, by w końcu poczuć się sobą? A Ty? Masz coś, co tak bardzo ...

Codzienność między lekami

Moje dni mają swój rytm. Nie taki, który sama bym wybrała. Nie według kalendarza, nie według planów czy nastroju. One płyną między godzinami przyjmowania tabletek. Rano pobudka nie zawsze jest po to, żeby wstać do życia. Czasem dzwoni tylko po to, żebym wzięła lek. Zanim cokolwiek się wydarzy – muszę połknąć małą, białą tabletkę, popić wodą i chwilę odczekać. To początek dnia. A potem kolejne godziny odmierzają następne dawki. To dziwne uczucie – kiedy twoja codzienność nie jest mierzona tym, co zrobisz, ale tym, kiedy musisz połknąć kolejną tabletkę. Kiedy planujesz obiad, spacer, telefon, a w głowie i tak siedzi myśl: „o tej porze mam lekarstwo”. Do tego dochodzą wyjazdy.l Nie turystyczne. Nie spontaniczne. Do lekarza. Na badania. Na kontrolę. Kolejki, poczekalnie, zapach środków dezynfekcyjnych. Torba spakowana nie jak na podróż, ale jak na małą wyprawę – dokumenty, wyniki, woda, bo nigdy nie wiadomo, ile to potrwa. I tak się żyje. Nie między pracą a odpoczynkiem. Nie między marzeni...

"Czekanie, które wykańcza"

Czasem mam wrażenie, że moje życie kręci się tylko wokół czekania. Czekania na wizytę, na badanie, na wyniki. A kiedy już są wyniki, to znowu kolejna wizyta, kolejne skierowanie, kolejne badania. I tak w kółko. Chodzę od lekarza do lekarza i wszędzie słyszę podobne słowa: „jest podejrzenie, ale trzeba potwierdzić badaniami”, „to wygląda na to czy tamto, ale bez badań nie rozpoczniemy leczenia", "Badanie potwierdziło ale to inny lekarz sie tym zajmuje". I co mi z tego, że ktoś podejrzewa, że sie potwierdziło, że inny lekarz się tym zajmuje? Ja mam realny ból, realne ograniczenia i realne zmęczenie, które każdego dnia zabiera mi siły. Na razie mam tylko Skudexę albo inne tabletki, które działają jak plaster – na chwilę zakleją ranę, ale jej nie wyleczą. I wtedy przychodzi pytanie: ile tak można? Ile razy mam jeszcze sięgać po tabletki, które uśmierzają ból tylko na moment, zamiast dostać coś, co naprawdę pomoże? Czasem mówię mężowi, że już nie dam rady, że nie przetrwam do...

Czasem jestem zmęczona sobą – i to też jest okej

Czasem przychodzi taki moment, że mam dość… siebie. Dość swojego ciała, które wciąż przypomina mi o ograniczeniach. Dość swojej historii, którą powtarzam jak zdartą płytę – lekarze, bóle, operacje, szpitale, rehabilitacja, tabletki. Dość tego, że tak wiele razy muszę tłumaczyć, dlaczego czegoś nie mogę zrobić, dlaczego rezygnuję, dlaczego wybieram inaczej niż inni. Czasem naprawdę jestem zmęczona własnym głosem. Tym, że opowiadam wciąż to samo, a w środku mam wrażenie, że nikogo to już nie obchodzi. Że nawet ja sama mam ochotę od siebie uciec, wyciszyć się i choć na chwilę przestać istnieć w tej narracji, którą ciągnę od miesięcy, a nawet lat. I wiesz co? Zrozumiałam, że to też jest okej. Że to uczucie – znużenia sobą – też jest częścią tej drogi. Tak samo prawdziwą jak chwile nadziei czy drobne zwycięstwa. Bo człowiek nie zawsze musi być dzielny, cierpliwy i pogodzony. Ma prawo czuć przesyt nawet własną historią. Uczę się, że akceptacja nie oznacza polubienia tego wszystkiego, co mnie...

Przyzwyczaili się…

Przyzwyczaili się, że zawsze wszystko ogarniasz. Że pomożesz, załatwisz, wesprzesz, zorganizujesz.  Że masz siłę, że znajdziesz sposób, że ogarniesz nawet wtedy, gdy inni już dawno by się poddali. Czasem była to tylko pomoc materialna lub finansowa, czasem pomoc w którą wkładałam dużo siły i czasu. Zawsze robiłam to z serca. Nie dla podziękowań, nie dla profitów. Tak po prostu – bo widziałam człowieka w potrzebie i nie umiałam przejść obok. Pomagałam wszystkim. Bo taką mam naturę. Czasem wręcz sprawiało mi radość widząc jak moja pomoc kogoś ratuje lub cieszy. A dziś… dziś często sama potrzebuję pomocy. Chciałabym dalej dawać z siebie tyle, co kiedyś, ale moje ciało i psychika mają inne granice. Czasem brakuje sił, czasem zdrowie mówi „stop”, czasem zwyczajnie nie udźwignę. Nie jest łatwo się do tego przyznać. Jeszcze trudniej poprosić o wsparcie. Ale chyba właśnie tego uczę się najbardziej – że bycie silnym to nie tylko dawanie, ale też umiejętność przyjęcia pomocy lub poproszenia ...

Nie chcę tłumaczyć, dlaczego mnie nie ma

Znikam. Czasami na dzień, czasami na tydzień. Nie oddzwaniam, nie odpisuję, nie pojawiam się tam, gdzie ktoś się mnie spodziewa. I za każdym razem gdzieś w środku pojawia się poczucie winy. Bo jak to tak? Ktoś czeka, ktoś liczy, ktoś się odezwał – a ja milczę. Tylko że to milczenie nie jest wyborem przeciwko tej osobie. To nie jest brak chęci czy obojętność. To jest walka o przetrwanie dnia. Nie chcę za każdym razem tłumaczyć: „bo źle się czuję”. Nie chcę w kółko mówić: „bo znów nie miałam siły”. Nie chcę usprawiedliwiać się chorobą, bólem, słabością. Bo ile razy można? Ile razy można się otwierać, tłumaczyć, wyjaśniać? Ile razy można słyszeć: „rozumiem”, choć tak naprawdę nikt do końca nie rozumie? Czasem milczenie jest jedynym, na co mnie stać. Czasem to, że nie odpisuję, nie oznacza braku chęci – tylko brak siły. Nie ma we mnie lekceważenia, jest tylko ciężar, którego w danym momencie nie potrafię unieść. I wiesz co? To boli podwójnie. Bo z jednej strony potrzebuję tej ciszy, tego o...

Urodziny, których nie chcę świętować

Dziś są moje urodziny. Dla wielu osób to dzień radości, świętowania, życzeń i tortu. A dla mnie? To dzień pełen smutku i przykrości. Od rana łzy same spływają mi po policzkach i nie umiem ich zatrzymać. Od dziś jestem o rok starsza. Wszędzie, gdzie się pojawiam – u lekarzy, w szpitalach, od znajomych – słyszę: „Pani jest jeszcze taka młoda, a taka chora”, "Od czego takie choroby w takim młodym wieku?" I te słowa bolą mnie bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Jakby ktoś chciał mi powiedzieć: „nie tak ma być w tym wieku”. Jakby to była moja wina, że jestem chora. Jakbym to ja sama wybrała sobie takie życie. Nie wiem, czemu płaczę od rana. Może dlatego, że znów usłyszę życzenia „zdrowia”, którego mieć nie będę. Może dlatego, że usłyszę „wszystkiego najlepszego”, a ja w głowie od razu odpowiem: „a co najlepszego może mnie jeszcze spotkać, skoro jestem uzależniona od kogoś, nie do końca samodzielna i w ciągłym bólu?”. Nie chcę słuchać tych słów, bo one tylko przypominają ...

Mój kalendarz nie zna słowa ‘jutro’

Mój kalendarz nie zna słowa „jutro” bo nie jestem w stanie zaplanować nawet tego, co będzie za godzinę. Bo wszystko zależy od tego, jak się obudzę. Czy dzisiaj będzie dzień z tych lepszych… czy tych, które zabierają wszystko – siłę, spokój, chęci. Kiedyś żyłam z głową pełną planów. Rozpisywałam tygodnie, ustalałam cele, zaznaczałam kolorem rzeczy do zrobienia. Teraz najczęściej patrzę w kalendarz i myślę: „zobaczymy”. A potem – „może jednak nie dzisiaj”. Nie chodzi o lenistwo. Nie chodzi o brak chęci. Chodzi o ciało, które często decyduje za mnie. O ból, który pojawia się bez zapowiedzi. O zmęczenie, które nie mija po odpoczynku. O głowę, która czasem też nie daje rady – nawet jeśli bardzo chce. Nie planuję wyjazdów. Nie planuję spotkań z wyprzedzeniem. Nie mówię „będę na pewno” – bo wiem, że czasem nawet wyjście po chleb może być wyzwaniem. To trudne. Bo świat kocha ludzi punktualnych, zorganizowanych, przewidywalnych. A ja – żyję z dnia na dzień. Czasem z godziny na godzinę. I chocia...

Kiedy życie zwalnia za bardzo

Życie potrafi zwolnić nagle i brutalnie. Nie tak delikatnie, jakbym chciała – w stylu „odpocznij chwilę, złap oddech”. Nie. U mnie to zatrzymanie było przymusowe. Choroba wcisnęła hamulec ręczny i zostawiła mnie w miejscu, którego sama bym nie wybrała. I wiesz co? To trudne. Bo kiedyś żyłam na wysokich obrotach. Wiecznie w biegu, wiecznie w planach, wiecznie z myślą „jeszcze tylko to, jeszcze tylko tamto”. I choć wtedy też było źle – zmęczenie, stres, brak czasu na siebie – wydawało mi się, że to jest normalne. Że tak trzeba. Może właśnie to życie „na pełnym gazie” w końcu wystawiło mi rachunek i popchnęło mnie w stronę choroby. Teraz świat zwolnił. A raczej – ja zwolniłam, bo świat biegnie dalej. I czasem to spowolnienie boli jeszcze bardziej niż dawne zmęczenie. Bo czuję, że tracę, że nie nadążam, że życie ucieka mi gdzieś obok. Trudno w tym odnaleźć sens, trudno znaleźć odpowiedź na pytanie: „i co teraz?”. Ale uczę się. Że zwolnienie nie musi oznaczać końca, tylko inny początek. Że ...

Jak wracam do optymalnej wagi i figury – bez restrykcji, bez presji, z szacunkiem do ciała

Są takie momenty w życiu, kiedy nasze ciało zaczyna się zmieniać, a my nawet nie do końca wiemy, kiedy i jak to się stało. Dla mnie to nie był jeden przełomowy dzień. To był proces – trudny, nieprzewidywalny, pełen skrajności. Kiedyś, zanim choroba i stres zaczęły mnie dosłownie zjadać, nie miałam problemu z wagą ani sylwetką. Nie było we mnie obsesji na punkcie wyglądu – po prostu czułam się ze sobą dobrze. Potem przyszło to, co często przychodzi niespodziewanie: kryzysy zdrowotne, stres, brak apetytu. Chudłam w zawrotnym tempie, mimo że jadłam (i to wcale nie mało) – słodycze, chipsy, kawa za kawą, paczka za paczką papierosów. Miałam wtedy w najgorszym momencie prawie 20 kilogramów niedowagi i wyglądałam, jakby choroba mnie pochłaniała – nie tylko fizycznie. W oczach ludzi widziałam zmartwienie. W moich oczach była tylko pustka. Po operacji mój tryb życia się zmienił. Dużo leżenia, zero ruchu. Papierosy odeszły, ale… pojawiło się podjadanie. Zwłaszcza słodyczy. I nagle waga zaczęła i...

Nie pytaj mnie, co robię cały dzień – nawet ja nie wiem

Czasem ktoś pyta: – A co ty właściwie robisz cały dzień? I ja… naprawdę nie wiem, jak odpowiedzieć. Bo z jednej strony – nic spektakularnego. Z drugiej – jestem zmęczona jakbym przebiegła maraton w kapciach. Typowy dzień? Proszę bardzo. Rano wstaję i od razu z przytupem… czyli 10 minut na rowerku stacjonarnym. Serce bije, nogi pracują, potu może brak, ale intencje są szlachetne. Potem owsianka – bo zdrowie i rutyna. Leki – bo życie. I chwila, żeby pomyśleć, co dziś zrobię. Ale że myślenie też męczy, to się kładę. Odpocząć po planowaniu. Potem wstanę, podszykuję obiad – tak, żeby tylko później nastawić, bo wiadomo, trzeba oszczędzać energię… swoją. I znowu się kładę. Na przykład żeby obejrzeć „Gliniarzy” – no przecież trzeba być na bieżąco z życiem! A że nie lubię bezczynności, to w międzyczasie robię ćwiczenia. Gimnastyka na leżąco to też gimnastyka, nie? Czasem nastawię pranie. Czasem przetrę kurze. A czasem… nie. Bo nie zawsze się da. Bo ciało mówi: dzisiaj pauza. I tak mija dzień. N...