Przejdź do głównej zawartości

Nie chcę tłumaczyć, dlaczego mnie nie ma

Znikam.
Czasami na dzień, czasami na tydzień.
Nie oddzwaniam, nie odpisuję, nie pojawiam się tam, gdzie ktoś się mnie spodziewa.

I za każdym razem gdzieś w środku pojawia się poczucie winy. Bo jak to tak? Ktoś czeka, ktoś liczy, ktoś się odezwał – a ja milczę. Tylko że to milczenie nie jest wyborem przeciwko tej osobie. To nie jest brak chęci czy obojętność. To jest walka o przetrwanie dnia.

Nie chcę za każdym razem tłumaczyć: „bo źle się czuję”.
Nie chcę w kółko mówić: „bo znów nie miałam siły”.
Nie chcę usprawiedliwiać się chorobą, bólem, słabością.

Bo ile razy można? Ile razy można się otwierać, tłumaczyć, wyjaśniać? Ile razy można słyszeć: „rozumiem”, choć tak naprawdę nikt do końca nie rozumie?

Czasem milczenie jest jedynym, na co mnie stać.
Czasem to, że nie odpisuję, nie oznacza braku chęci – tylko brak siły.
Nie ma we mnie lekceważenia, jest tylko ciężar, którego w danym momencie nie potrafię unieść.

I wiesz co? To boli podwójnie. Bo z jednej strony potrzebuję tej ciszy, tego odcięcia się, żeby złapać oddech. A z drugiej – czuję, jakbym zawodziła ludzi, którzy są po drugiej stronie.

Ale prawda jest taka: czasem największym wysiłkiem jest po prostu wstać, przeżyć dzień, przetrwać ból, przetrwać własne myśli. I wtedy telefon, wiadomość, spotkanie – to coś ponad siły.

Nie chcę już za każdym razem tłumaczyć, dlaczego mnie nie ma.
Bo to nie jest przeciwko Wam. To nie jest brak miłości, sympatii, przywiązania.
To tylko moja walka o przetrwanie – i czasem milczenie jest jej częścią.

Jeśli ktoś naprawdę chce być blisko – to zrozumie bez słów.

A Wy? Jak reagujecie, gdy ktoś z Waszych bliskich nagle znika na chwilę z życia? Macie w sobie cierpliwość i wyrozumiałość, czy raczej rodzi się w Was poczucie zranienia?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...