Przejdź do głównej zawartości

Czasem jestem zmęczona sobą – i to też jest okej

Czasem przychodzi taki moment, że mam dość… siebie.
Dość swojego ciała, które wciąż przypomina mi o ograniczeniach.
Dość swojej historii, którą powtarzam jak zdartą płytę – lekarze, bóle, operacje, szpitale, rehabilitacja, tabletki. Dość tego, że tak wiele razy muszę tłumaczyć, dlaczego czegoś nie mogę zrobić, dlaczego rezygnuję, dlaczego wybieram inaczej niż inni.

Czasem naprawdę jestem zmęczona własnym głosem. Tym, że opowiadam wciąż to samo, a w środku mam wrażenie, że nikogo to już nie obchodzi. Że nawet ja sama mam ochotę od siebie uciec, wyciszyć się i choć na chwilę przestać istnieć w tej narracji, którą ciągnę od miesięcy, a nawet lat.

I wiesz co? Zrozumiałam, że to też jest okej.
Że to uczucie – znużenia sobą – też jest częścią tej drogi. Tak samo prawdziwą jak chwile nadziei czy drobne zwycięstwa. Bo człowiek nie zawsze musi być dzielny, cierpliwy i pogodzony. Ma prawo czuć przesyt nawet własną historią.

Uczę się, że akceptacja nie oznacza polubienia tego wszystkiego, co mnie spotkało. Akceptacja to raczej przyjęcie faktu, że tak jest. I że moje emocje – nawet te trudne, nawet to zmęczenie sobą – są naturalne. Mogą przyjść i mogą odejść.

Może właśnie w tym kryje się siła.
Nie w udawaniu, że zawsze daję radę, ale w tym, że potrafię powiedzieć: „dziś mam dość siebie”. I nie robić z tego tragedii, tylko przyjąć to jak kolejny etap, który kiedyś minie.

Bo czasem naprawdę jestem zmęczona sobą.
I dziś wiem – że to też jest okej.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...