Przejdź do głównej zawartości

Narkoza i jej wpływ na włosy – jak sobie pomagam?

W ciągu ostatnich dwóch lat przeszłam aż trzy zabiegi pod narkozą. Każdy z nich był dla mojego ciała ogromnym obciążeniem – nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. W tamtym czasie wszystko wydawało się przytłaczające, a dodatkowy cios przyszedł z zupełnie niespodziewanej strony – zaczęły wypadać mi włosy. I to nie po kilka – wychodziły garściami. Każde czesanie, każde mycie kończyło się kolejnym smutkiem.

Te włosy stały się symbolem wszystkiego, co wtedy traciłam. I choć to „tylko włosy”, to ich utrata dołożyła się do poczucia bezsilności i rozżalenia. Na szczęście – jak w wielu innych sprawach – postanowiłam zawalczyć.

Zaczęłam od suplementów – postawiłam na dobre tabletki z biotyną. Regularność to klucz, więc każdego dnia, bez wymówek, brałam swoją dawkę. Do tego dołączyłam picie naparu z suszonej pokrzywy – naturalne wsparcie dla organizmu, bogate w witaminy i minerały. Próbowałam też drożdży, ale… powiedzmy sobie szczerze – ich smak był dla mnie nie do przejścia, a efektów nie zauważyłam.

I co najważniejsze – przestałam męczyć moje włosy. Zero suszarki, zero prostownicy, zero farbowania. Naturalność stała się moim sprzymierzeńcem, nie tylko w wyglądzie, ale i w procesie leczenia.

Dziś mogę powiedzieć z ulgą: to działa. Mam mnóstwo baby hair, które radośnie sterczą tu i tam, dając nadzieję, że z czasem znów będę mogła cieszyć się gęstą czupryną. Teraz zostaje tylko cierpliwie czekać – ale tym razem już z większym spokojem i nadzieją.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...