Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z sierpień, 2025

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...

Nie potrzebuję motywacyjnych haseł. Potrzebuję ciszy.

Wiem, że mówisz to z troską. Że chcesz dobrze. Że chcesz dodać otuchy. Wiem, że "dasz radę", "na innych leki działają", "innym po lekach przechodzą ataki", "wszystko Ci przejdzie i będzie dobrze", "lekarz Ci pomogą" pada z serca. Ale czasem właśnie te słowa bolą najbardziej. Bo nie zawsze chcę dać radę, nie zawsze wierzę, że będzie dobrze, nie zawsze wierzę, że po lekach przejdzie. Czasem po prostu chcę, żeby ktoś ze mną usiadł. Bez planu. Bez rozwiązania. Bez hasła na dziś. Z ciszą i zrozumieniem. Nie potrzebuję wtedy poradników, cytatów z Instagrama i tekstów, że „wszystko dzieje się po coś”. Nie potrzebuję „ogarnij się”, „bądź wdzięczna”, „myśl pozytywnie”. Potrzebuję, żeby ktoś zauważył, że jest mi ciężko. Bardzo ciężko. Nie poprawił. Nie naprawił. Nie pchał do przodu. Po prostu – był. Bo czasem to nie brak motywacji mnie zatrzymuje. Tylko zmęczenie. Ból. Żal. I wtedy każde „musisz”, nawet wypowiedziane z uśmiechem, przygniata jeszc...

Świat zza okna

Czasem mam wrażenie, że moje życie toczy się bardziej zza szyby niż naprawdę. Patrzę przez okno i widzę ludzi w biegu – spieszących się do pracy, z zakupami w dłoniach, z telefonami przy uchu. Widzę dzieci bawiące się, sąsiadkę niosącą kwiaty, psa, który z entuzjazmem ciągnie swojego właściciela. To wszystko dzieje się tuż obok mnie, a jednocześnie jakby w innym wymiarze. Okno staje się moim ekranem. Moim małym kinem, w którym codziennie zmieniają się sceny, ale nigdy nie mogę w nich zagrać. Mogę tylko patrzeć, obserwować, tęsknić. I czasem zastanawiam się, czy ktoś, kto tam na dole przechodzi, kiedykolwiek pomyśli, że tu, za szybą, ktoś siedzi i patrzy na jego życie z zazdrością. Świat zza okna jest pełen ruchu, kolorów, możliwości. A mój świat – ograniczony ścianami, rytmem bólu, zmęczeniem, koniecznością proszenia o pomoc – wydaje się czasem taki mały, zbyt ciasny. I właśnie wtedy przychodzi tęsknota. Tęsknota za tym, by być po drugiej stronie. By też biec na autobus, by narzekać na...

Choroba boli, ale system boli jeszcze bardziej

Im więcej chodzę po lekarzach, po badaniach, po przychodniach, tym bardziej nienawidzę naszej służby zdrowia. Czasem mam wrażenie, że to nie choroba mnie wykańcza, tylko właśnie ten cały system. I zaczynam rozumieć ludzi, którzy mówią, że trzeba mieć końskie zdrowie, żeby się u nas leczyć. Dodzwonić się do przychodni czy szpitala? Graniczy z cudem. Albo w ogóle nikt nie odbiera, albo słyszę automatyczny komunikat: „jesteś 4 w kolejce”, „jesteś 7 w kolejce”, „jesteś 15 w kolejce”. Trzymam ten telefon przy uchu, liczę minuty, a w tym czasie ból i zmęczenie tylko się nasilają. Kiedy w końcu ktoś odbierze, okazuje się, że i tak terminy są odległe, a najlepszym rozwiązaniem jest… przyjechać osobiście. Jakby człowiek był zdrowy, pełen sił i czasu, a choroba istniała tylko na papierze. To potrafi odebrać resztki cierpliwości i poczucie, że w ogóle ma się jakieś znaczenie jako pacjent. Tylko że nie zawsze jest to możliwe. Ja sama nie mogę po prostu wsiąść w auto i pojechać – jestem uzależniona...

Moje hobby? Odpoczywanie z przymusu

Gdyby ktoś mnie dziś zapytał o hobby, pewnie uśmiechnęłabym się krzywo i odpowiedziała: – Odpoczywanie z przymusu. Najlepiej w pozycji leżącej, nasmarowana maścią i pulsującym pytaniem w głowie: „Czy ja naprawdę nic nie mogę dziś zrobić…?” Bo widzisz, to nie jest taki relaks jak w folderach biura podróży. Nie ma kokosa, nie ma plaży, nie ma błogiego lenistwa z własnego wyboru. Jest za to przymusowy „urlop” od życia, który nie pyta, czy masz na niego ochotę. Znasz ten stan? Leżysz, bo musisz. Bo ciało właśnie zgłosiło awarię. A głowa? Głowa dalej działa w trybie listy rzeczy do zrobienia. I choć organizm krzyczy „pauza!”, umysł cicho szepcze: „Ale przecież mogłabyś zrobić cokolwiek…?” Prawdziwy relaks to wybór. Przymusowy odpoczynek to kapitulacja. I choć z zewnątrz wygląda to jak luksus (bo przecież sobie „leżę”), w środku toczy się wojna: ciało kontra ambicje, zmęczenie kontra poczucie winy. Netflix nie smakuje, książka nie cieszy, a każda minuta spokoju jest przeplatana wewnętrznym m...

Zdrowy nigdy nie zrozumie chorego

Jest coś, czego nie da się przeskoczyć – mur, który oddziela ludzi zdrowych od tych, którzy zmagają się z chorobą. Można o tym opowiadać godzinami, próbować tłumaczyć, przytaczać przykłady… ale zdrowy człowiek nigdy nie zrozumie chorego. Nie zrozumie tego, jak to jest budzić się każdego dnia z bólem i iść spać z nadzieją, że może jutro będzie lżej. Nie zrozumie tego, że codzienność trzeba planować pod tabletki, pod rehabilitację, pod ograniczenia własnego ciała. Nie zrozumie, że nawet najprostsze czynności potrafią być barierą, a niezależność staje się marzeniem większym niż jakiekolwiek bogactwo. Zdrowy nie pojmie tego, jak bardzo boli konieczność proszenia o pomoc. Tego, jak trudno pogodzić się z faktem, że ciało, które kiedyś było oczywistością, dziś jest więzieniem. Nie zrozumie tego lęku o przyszłość – czy będzie lepiej, czy gorzej, czy w ogóle coś się zmieni. Nie zrozumie zmęczenia sobą. Znużenia powtarzaniem ciągle tej samej historii, ciągłego tłumaczenia swoich ograniczeń, ciąg...

To, czego nie robię, też mnie męczy

Zmęczenie nie zawsze przychodzi po zrobieniu „czegoś”. Czasem najbardziej męczy właśnie to, czego nie robię. Nie zrobiłam dziś prania. Nie dokończyłam tego, co zaczęłam wczoraj. Nie odpisałam. Nie zadzwoniłam. Nie wyszłam z domu. Nie ogarnęłam. Nie posprzątałam. Nie poruszyłam się z miejsca. I... jestem wykończona. Bo zmęczenie nie bierze się tylko z wysiłku. Czasem większy wysiłek to myślenie o tym, że się nie robi. Że lista rzeczy do zrobienia nie maleje, tylko puchnie. Że planujesz w głowie cały dzień – punkt po punkcie – a ciało mówi: znowu nie dziś. I niby nie ruszyłam się z miejsca. Niby nikt nie widzi zmiany. Niby nic się nie wydarzyło. A ja padam. Bo to też kosztuje. To wstawanie z myślą, że może dziś się uda. To układanie w głowie rzeczywistości, której nie da się unieść. To nieustanne wewnętrzne negocjacje między „powinnam” a „nie dam rady”. Zmęczenie przychodzi z bezruchem. Z patrzeniem na kurz, który rośnie razem z frustracją. Z zamrożonymi planami. Z przesuwaniem marzeń na...

Dni, w których nie jestem sobą

Są takie dni, kiedy naprawdę wierzę, że wszystko idzie ku lepszemu. Rozmawiam normalnie, uśmiecham się, żartuję. Nie czepiam się drobiazgów, mam poczucie, że wracam do siebie. I wtedy myślę: „może już będzie dobrze”. Ale przychodzi inny dzień. Dzień, w którym nie jestem sobą. Mimo leków, mimo wysiłku, mimo całej pracy włożonej w to, żeby się podnieść — nagle wszystko się sypie. Łzy lecą bez powodu, krzyk wybucha w najmniej oczekiwanym momencie, a każda drobnostka staje się ciężarem nie do uniesienia. Czasem mąż pyta "Ale czemu znowu płaczesz? Nic takiego się stało." Depresja jest chorobą, która nie daje spokoju. To nie jest tylko smutek. To coś, co odbiera kontrolę nad sobą, co rozbija na kawałki. I choć próbuję tłumaczyć sobie, że to nie ja, że to choroba, to jednak trudno uwierzyć w to w chwili, kiedy ranię słowami najbliższych. A jeśli do tego dochodzi ból… ten codzienny, ten, który nie znika nawet po lekach — wtedy wszystko staje się jeszcze trudniejsze. Ból fizyczny i ps...

Ciało się goi. Ale głowa… jeszcze nie.

Rany się zabliźniły. Blizna już nie piecze. Szwy zdjęte. Minęło kilka długich miesięcy od operacji. Ciało, przynajmniej w teorii, doszło do siebie. Ale głowa… jeszcze nie. Bo nikt nie przygotował mnie na to, co zostaje, kiedy mija narkoza. Kiedy kończy się szpitalna rutyna, a zaczyna życie, które już nie jest takie samo jak przedtem i nigdy nie będzie.  Nikt nie powiedział, że ta historia nie skończy się po operacji tylko będzie się ciągłą i ciągłą. Ból fizyczny można znieść. Są leki, są plastry, maście, jest rehabilitacja. Ale co z bólem, który siedzi głębiej? Z tym, który budzi się razem ze mną rano i nie daje o sobie zapomnieć? Z tym, który mówi: już nigdy nie będzie tak jak kiedyś. Głowa nosi wspomnienia, których nie da się zaszyć. Obrazy, które wracają nocą. Myśli, które przyklejają się jak ciężki cień do każdego nowego dnia. Pytania o przyszłość, które nie chcą odejść.  Nie mówi się o tym głośno. Bo przecież „dobrze, że już po wszystkim”. „Ciesz się, że operacja się udał...

Jak wygląda mój aktywny tryb życia

Kiedyś „aktywny tryb życia” kojarzył mi się ze sportem, z ruchem, z działaniem. Z tym, że się nie siedzi, tylko ciągle coś robi – praca, dom, dziecko, ogród, wyjazdy, spacery, zakupy, spotkania. Wszystko naraz, bez większego zastanowienia, bo ciało nadążało za głową. Bo nie trzeba było planować odpoczynku przed i po zrobieniu czegokolwiek. Dziś aktywność wygląda inaczej. Dziś „aktywny dzień” to taki, w którym… nastawię pranie. Takie prawdziwe, z sortowaniem, z podziałem na kolory, temperatury i tkaniny. Oczywiście powiesić już nie mogę – to zostawiam komuś innemu. Potem ogarnę coś w domu. Ugotuję obiad. A jak mam lepszy dzień – to nawet posprzątam kuchnię, zetrę kurze, pozbieram porozrzucane rzeczy. A po południu – wyjście. Zakupy. Niby nic wielkiego. Ale jak już się okaże, że to nie jeden sklep, tylko jeszcze „chodź, zajrzymy do drugiego”, albo może skoczmy do centrum handlowego – to wiem, że to będzie dzień z gatunku „bardzo aktywnych”. I wieczorem… wiadomo. Ból. Czasem mrowienie. Zm...

Poczucie winy, którego nikt nie widzi

Nie zrobiłam nic. I znowu mam wyrzuty sumienia. Nie dlatego, że zawaliłam coś ważnego. Nie dlatego, że kogoś zawiodłam. Po prostu… nic nie zrobiłam. Leżałam. Siedziałam. Patrzyłam w okno. Oddychałam. I już. I w tym wszystkim pojawiło się ono — znajome uczucie. Poczucie winy. Ciche, bez twarzy, ale za to ciężkie jak głaz. To ono szepcze, że przecież mogłam coś zrobić. Cokolwiek. Złożyć pranie. Napisać coś. Odpisać komuś. Wykazać się. Być potrzebna. Być użyteczna. Ale ciało nie chciało. Głowa też nie. Były dni, kiedy całe moje „osiągnięcie” polegało na tym, że się umyłam albo zjadłam coś ciepłego. I nawet to było wysiłkiem. Choroba odbiera więcej niż zdrowie. Odbiera sprawczość. Odbiera rytm. Odbiera to, że człowiek czuje się kimś. Zostawia w zamian bezruch, zmęczenie i… tę niewygodną pustkę, którą trudno uzasadnić. Bo jak wytłumaczyć innym, że zmęczył mnie dzień, w którym nie zrobiłam nic? Że nie da się odpocząć, kiedy czujesz się bezużyteczna? Że odpoczynek, który miał być ulgą, stał s...

Nie planuj za dużo – dzień i tak się rozlezie jak budyń

Mam takie poranki, że wstaję z głową pełną planów. Zrobię to, tamto, a jeszcze to w międzyczasie. Lista w głowie długa, ale realna. Wydaje się, że wszystko da się ogarnąć, tylko wystarczy się zebrać i… ruszyć. A potem… dzień się rozlewa. Jak budyń. Zbyt rzadki, żeby się trzymał w ryzach. Zbyt uparty, żeby dać się ogarnąć łyżką. Zamiast punktów na liście – dziury w czasie. Zamiast konkretów – chaos. Zamiast „odhaczone” – „gdzie się podziało to wszystko, co miałam zrobić?” Zamiast ważnych rzeczy – rozmowa przez telefon, która miała trwać pięć minut, a trwała czterdzieści. Zamiast ćwiczeń – scrollowanie internetu w dresach i z herbatą, która zdążyła wystygnąć trzy razy. Zamiast porządków – jedna szuflada i pytanie egzystencjalne: po co ja trzymam tyle kabli i paragonów sprzed dekady? I wiesz co? Może i dobrze. Może czasem ten budyniowy dzień też jest potrzebny. Żeby zwolnić, żeby się nie spinać. Żeby odpuścić sobie samej. Nie planuj za dużo. Nie dlatego, że się nie uda – może akurat się u...

Moja cierpliwość kończy się szybciej niż ból

Zawsze myślałam, że ból będzie największym wyzwaniem. Że to on będzie testował moją wytrzymałość, granice, siłę. Ale okazuje się, że najczęściej przegrywam nie z bólem, tylko z własną cierpliwością. Cierpliwość… kiedyś miałam jej więcej. Umiałam zacisnąć zęby, policzyć do dziesięciu, przymknąć oko. A teraz? Teraz potrafię wybuchnąć przez źle postawiony kubek, przez zbyt głośne pytanie, przez jedno nie tak wypowiedziane słowo. I już lecą słowa, których nie chciałam powiedzieć. Już złość wylewa się we wszystkie strony. A potem… wstyd, zmęczenie, bezradność. To nie tak, że jestem zła. Ani mściwa. Ani toksyczna. Jestem po prostu wykończona. Wykończona bólem, który nie mija. Ciągłą kontrolą swojego ciała. Tym, że wszystko muszę planować, przewidywać, obliczać na ile ruchów mi dziś starczy siły. Tym, że nie mam gdzie odpocząć, bo nawet sen nie przynosi ulgi. I kiedy do tego wszystkiego ktoś mówi: „no ale uśmiechnij się, będzie dobrze” albo: „inni mają gorzej” — to coś we mnie pęka. Nie dlate...

Kilka małych rzeczy, które robię dla siebie – i które robią różnicę

Nie robię rewolucji. Nie stawiam sobie szalonych celów ani nie zapisuję się na wyzwania, które kończą się frustracją. Ale każdego dnia robię kilka rzeczy, tylko dla siebie. Niby małych, niby zwyczajnych. Ale to one właśnie robią różnicę. Cichą, spokojną. I najważniejszą – moją. 🍋 Szklanka wody z witaminą C na czczo Zaczynam dzień od czegoś prostego – woda i rozpuszczalna witamina C. To nie cudowny eliksir, ale symbol. Mój mały gest dla organizmu, który wiele już przeszedł. To chwila, w której nie biegnę od razu do obowiązków – tylko zatrzymuję się i mówię sobie: „Zacznij od siebie.” 🌿 Zioła – dla włosów i dla brzucha Sterydy zrobiły swoje. Problemy z trawieniem, wzdęcia, ciężkość… A do tego wypadające włosy. I tu wkracza mój codzienny rytuał: pokrzywa, rumianek, imbir, czasem mięta. Piję powoli, cierpliwie. To nie tylko troska o ciało, ale też o spokój wewnętrzny. Picie ziół ma w sobie coś uspokajającego. 🏋️‍♀️ Ćwiczenia na kręgosłup, nogi, brzuch Nie codziennie mam siłę, ale stara...

Słowa, których nienawidzę

Czasami mam wrażenie, że całe moje życie stało się jednym wielkim dostosowywaniem. Każdy ruch, każde wyjście, każdy wyjazd… wszystko podporządkowane jest temu, jak się czuję. I choć wiem, że nie mam na to wpływu, w środku nie potrafię się z tym pogodzić. Wciąż myślę: „przeze mnie nic nie może być normalne”. Zaraz kończą się wakacje. A ja mam wrażenie, że nawet one nie mogły być takie, jak kiedyś – pełne radości, spontaniczności, śmiechu. Zamiast tego były przerwane moimi słowami, które powtarzam jak zdartą płytę: „nie dam rady”, „muszę się położyć”. Nie znoszę ich. Nienawidzę tego, że stały się częścią mojej codzienności. Zresztą nie tylko mojej bo moich bliskich też. Nawet ich życie jest uzależnione od tych słów. Pisząc ten post płaczę. Łzy lecą mi tak mocno i nie umiem ich powstrzymać. Jest mi przykro. Tak bardzo przykro. Mam dość bólu. Mam dość niemocy. Mam dość tej bezsilności, która odbiera mi to, co kiedyś było tak zwyczajne. I najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wiem, jak...

"Co naprawdę oznacza „odpocznij sobie” według różnych ludzi"(czyli jak jedno słowo potrafi mieć milion znaczeń – i zero prawdziwego wsparcia)

„Odpocznij sobie.” Słyszę to często. Bardzo często. Za często. I niby to zdanie brzmi jak troska. Jak ciepły koc rzucony na zmęczone ramiona. Ale czasem... to tylko puste słowa. Albo – gorzej – forma eleganckiego „zajmij się sobą, ale mnie już nie zawracaj głowy”. Bo „odpocznij” brzmi różnie – w zależności od tego, kto je wypowiada: Domownik: „Odpocznij sobie, ja to zrobię.” I zanim zdążysz się odsunąć, już gotuje obiad, sprząta czy wynosi śmieci. Ale czasem na twarzy i w oczach widać "Znowu wszystko trzeba robić za nią a ona tylko leży". Znajomi: „Odpocznij sobie! Nie przejmuj się, że Cię nie było, że nie odpisałaś.” A tydzień później… czuć w wiadomościach tonik rozczarowania: „No wiesz, jakoś inni dają radę.” Lekarz: „Musi pani dużo odpoczywać.” Tylko że nie tłumaczy, jak się odpoczywa, kiedy boli tak, że nie da się leżeć. Jak się odpoczywa, kiedy każde drgnięcie ciała uruchamia lawinę bólu. Jak się odpoczywa, kiedy głowa pełna myśli, lęków i niepewności nie daje ani chwili...

Najtrudniejsze ‘mamo, porobiłbym coś’

Są takie dni, kiedy moje ciało nie współpracuje. Kiedy każdy ruch kosztuje. Kiedy samo wstanie z łóżka jest osiągnięciem na miarę zdobycia szczytu. I wtedy słyszę: „Mamo, porobiłbym coś.” Niewinne zdanie. Ciepłe. Tęskniące. Wołające o uwagę i obecność. A mnie wbija jak nóż. Bo serce krzyczy: Chcę!, a ciało – Nie dam rady. Nie mam już malutkiego dziecka, które trzeba nosić na rękach, biegać za nim po placu zabaw czy zasuwać z wózkiem. Mam nastolatka. Chłopaka, który coraz częściej wybiera swoje towarzystwo, swoją muzykę i gry, swój zamknięty pokój. Ale są momenty, kiedy wraca. Kiedy jeszcze chce ze mną. Kiedy mówi: „Mamo, pogralibyśmy w coś, poszlibyśmy gdzieś, porobili coś razem…” I właśnie wtedy boli najbardziej. Bo to nie jest codzienne żądanie. To jest dar. To jest błysk między pokoleniami, który coraz trudniej uchwycić. To jest coś, czego nie chcę przegapić. A ja czasem muszę powiedzieć: „Dziś nie dam rady, synku.” I próbuję to mówić miękko. Bez goryczy. Choć ona już wypełnia mnie ...

Kiedy kropla przelewa czarę goryczy

Są takie dni, które przychodzą nagle, bez zaproszenia, i rozbijają mnie na kawałki. Dni, w których nawet tabletki na uspokojenie nie potrafią ugasić tego, co czuję w środku. Wczoraj był właśnie taki dzień. Byłam sama w domu. I płakałam. Nie tak po cichu, nie tak „kontrolowanie” – tylko na głos, z całych sił, jakby coś we mnie w końcu pękło. I nie umiałam tego zatrzymać. Czułam, jak cała ta bezsilność wylewa się ze mnie falami. Mam dość. Mam dość tego życia w wersji „przetrwanie”. Mam dość tego, że są dni, kiedy nawet oddychanie wydaje się ciężkie. Mam dość niesamodzielności – tego, że o tak wiele rzeczy muszę prosić o pomoc. Mam dość, że nawet nie mogę wsiąść w samochód i po prostu pojechać, gdzie chcę, kiedy chcę, bez oglądania się na cokolwiek. Mam dość tej wiecznej niepewności. Tego, że jest więcej pytań niż odpowiedzi. Tego, że nie wiem, co będzie jutro, za miesiąc, za rok. Mam dość bólu, który jest codziennym towarzyszem. Mam dość łykania tabletek, jakby były częścią mnie. I mam w...

"5 rzeczy, które ułatwiają mi funkcjonowanie w chorobie przewlekłej"

Życie z chorobą przewlekłą, szczególnie taką, która odbiera część sprawności, to nie tylko walka z bólem czy ograniczeniami ciała. To codzienna logistyka. Małe bitwy, które toczę z przedmiotami, odległościami, ciężarem garnków, zasięgiem półek i śliskimi kafelkami. I powiem Wam coś – te bitwy wcale nie są małe, kiedy trzeba je prowadzić każdego dnia. Długo nie chciałam nic zmieniać w swoim otoczeniu, bo wydawało mi się, że „dam radę tak jak jest”. Ale z czasem zrozumiałam, że ułatwienia to nie jest poddanie się. To jest sposób na odzyskanie części sił, które mogę wtedy przeznaczyć na coś przyjemniejszego niż podnoszenie ciężkiego dzbanka z wodą. Dziś opowiem Wam o 5 rzeczach, które w moim przypadku robią ogromną różnicę. --- 1. Chodniki w łazience, które trzymają się kafelek jak przyklejone Śliskie kafelki i wilgoć to proszenie się o kłopoty. Długo męczyłam się z dywanikami, które „uciekały” spod nóg. Teraz mam takie z gumowym spodem, które nawet przy ruchu nie przesuwają się ani o cen...

Nie wiem, jaki będzie dzień

Codziennie rano gram w ruletkę. Nie wiem, co mnie czeka. Nie wiem, jak będzie wyglądał mój dzień. Nie wiem, czy dam radę. Czasem ciężko usnąć albo nie śpię od 4 nad ranem. Bo boli. Kręgosłup, stawy, mięśnie, skóra, kości. Wszystko. Leżę w łóżku i przesuwam się z boku na bok, próbując znaleźć pozycję, w której da się jakoś przetrwać. Wtedy wiem, że ten dzień będzie ciężki. Że sił nie będzie. Że myślenie, jedzenie, ubranie się – wszystko będzie wysiłkiem. Czasem nie śpię od czwartej. Bo głowa nie daje spokoju. Bo myśli się kłębią, pytania wracają jak echo: „Czy kiedyś będzie lepiej?” „Jak długo jeszcze?” „Ja nie wytrzymam tego dłużej.” „Jeszcze trochę i ten ból mnie wykończy.” „Mam już dość i nie chcę żyć w bólu.” Strach, zwątpienie, poczucie samotności, bezradność. Cisza nocy potrafi być bardzo głośna. Bywa, że otwieram oczy i zanim jeszcze zdążę cokolwiek pomyśleć – już czuję. Czuję, że boli. Czuję, że to będzie zły dzień. Że jedynym planem będzie: przetrwać. Wtedy zostaje tylko maść, ...

Jak wyglądałaby moja karta postaci w grze RPG: +5 do bólu, -2 do snu

Gdyby moje życie było grą RPG… Nie byłabym wojownikiem. Nie byłabym magiem. Nie byłabym nawet handlarzem z wioski numer trzy. Byłabym Postacią Przetrwania. Specjalizacja: tryb przetrwaj ten dzień, a potem zobaczymy. Imię postaci: Weronika z Klanu Upartego Przetrwania Rasa: Człowiek (ale czasem się zastanawiam) Klasa: Cichowalcząca Poziom doświadczenia: Za dużo, jak na jeden życiorys --- Statystyki specjalne: 🩺 +5 do bólu Znasz to uczucie, gdy bohater w grze dostaje cios i traci punkty życia? Ja tak mam przy próbie założenia skarpetki albo buta. 🛌 -2 do snu Próba odpoczynku kończy się przewracaniem z boku na bok, analizą całego życia i szukaniem pozycji, w której nie drętwieją nogi, nie boli szyja, kręgosłup ani dusza. Chyba, że wezmę tabletki na spanie to już inny poziom gry. 🧠 +3 do nadanalizowania Każde „hej, wszystko OK?” rozkładam na czynniki pierwsze. A potem drugie. A potem… no, wiadomo. ☕ +4 do przetrwania dzięki kawie Magiczna mikstura regeneracyjna. Efekt uboczny: jeszcze w...

Czasem mam dość. I nie muszę się z tego tłumaczyć.

Czasem mam dość. Po prostu. Bez wyjaśnień, bez głębokiej analizy, bez dramatyzmu. Mam dość bólu. Mam dość zmęczenia, które nie mija po śnie. Mam dość walki, tłumaczenia się, szukania słów, gdy brakuje siły nawet na myślenie. Czasem nie chce mi się mówić. Nie chce mi się odpowiadać na pytania. Nie chce mi się uśmiechać, pocieszać, udawać, że wszystko jest „już prawie dobrze”. Czasem jestem cicha. Nie dlatego, że się obraziłam. Nie dlatego, że coś się stało. Po prostu – tak właśnie wygląda moje zmęczenie. Cisza jest wtedy moją formą przetrwania. I nie muszę się z tego tłumaczyć. Nikomu. Bo nie wszystko, co czuję, musi być zrozumiane. Nie każda emocja potrzebuje uzasadnienia. Nie każda słabość to coś, co trzeba natychmiast naprawić, zniwelować, ukryć. To, że czasem mam dość, nie oznacza, że się poddaję. To, że czasem siedzę w ciszy i nie mam ochoty rozmawiać, nie oznacza, że przestałam walczyć. To, że jestem zmęczona – nie odbiera mi siły. To, że jestem sfrustrowana – nie odbiera mi warto...

Mały balkon, wielka ucieczka – moje 2m² wolności

Zawsze był moim azylem. Moim miniaturowym kawałkiem świata. Tylko dla mnie. Dwa metry kwadratowe – a jakby cały wszechświat. Wiosną rozkwitał jak zaczarowany. Czasem zapach był tak intensywny, że czuć go było aż w salonie – jakby te kwiaty chciały powiedzieć: „Hej, chodź tu do nas, tu się żyje lepiej”. Był stolik. Były krzesełka. I była kawa – pita powoli, bez pośpiechu, z błogim westchnieniem. Uwielbiałam te chwile, kiedy mogłam tam usiąść w ciszy i patrzeć na liście, jak poruszają się na wietrze. W tym roku jest inaczej. Też są kwiaty – bo nie umiałabym bez nich. Ale mniej. Tyle, ile jestem w stanie podlać i zadbać, nie robiąc z tego dodatkowego wyzwania. Nie ma stolika. Nie ma krzeseł. Nie dlatego, że nie chcę. Tylko dlatego, że nawet gdyby były – i tak nie mogłabym posiedzieć dłużej w spokoju. Siedzenie… to nie jest moja mocna strona. Przynajmniej teraz. Ale czasem wychodzę. Stoję. Wdycham zapach kwiatów. I choć to tylko chwila, tylko moment – daje mi oddech. Cichy, krótki, ale mój...

Choroba testuje więzi – niektóre przetrwały, inne odpadły po cichu

Choroba wiele zmienia. W ciele. W duszy. W codzienności. Ale też – w relacjach. Kiedy zachorowałam, długo łudziłam się, że wszystko zostanie po staremu. Że ludzie, których miałam obok siebie w zdrowiu, zostaną ze mną także w chorobie. Że nie będę musiała nic tłumaczyć, niczego udowadniać. Że wystarczy powiedzieć: „Jest mi trudno” – i ktoś po drugiej stronie to zrozumie. Usłyszy. Zostanie. Ale choroba to nie tylko diagnozy, operacje i leki. To też milczenia, które bolą bardziej niż ból fizyczny. Wiadomości, na które nikt nie odpisuje. Spotkania, które nagle przestają się wydarzać. Ludzie, którzy znikają po cichu – nie dlatego, że coś się stało. Tylko dlatego, że „jakoś nie wiedzieli, co powiedzieć”. Z jednej strony to boli. Boli do szpiku kości. Boli ta świadomość, że ktoś, kto był częścią mojego świata, odszedł bez słowa. Nie potrafił, nie chciał, nie umiał zostać. Ale z drugiej strony… choroba też przyniosła mi odkrycia. Pokazała mi, kto naprawdę potrafi być – nie tylko wtedy, gdy jes...

Rzeczy, których nie ogarnęłam i świat się nie zawalił (jeszcze)

Miał być dzień produktywny. Plan ambitny. Lista zadań – piękna, kolorowa, z podpunktami i nawet motywacyjnym cytatem na górze. A jak wyszło? Oto moja (nie)chlubna lista rzeczy, których nie ogarnęłam… i jakimś cudem Ziemia nadal krąży wokół Słońca, niebo się nie zawaliło, a sąsiedzi nadal nie wiedzą, że jestem życiową abdykatorką. 1. Prasowanie? Kogo ja chcę oszukać. Sterta ubrań od tygodnia patrzy na mnie z wyrzutem. Czasem udaję, że jej nie widzę. Czasem rzucam na nią świeży ręcznik – żeby wyglądało, że to „planowane”. Z ubrań wyciągam tylko to, co absolutnie konieczne. Z resztą… niech czeka na lepsze czasy. Może się samo przeprasuje od wstydu. 2. Skyrnik – projekt marzeń, który kończy jako jogurt solo. W lodówce leżą składniki. Skyr nawet już dwa razy do mnie mówił: „No weź, dzisiaj mnie zrób”. A ja? Otwieram lodówkę, kiwam mu głową i… biorę banana. W mojej głowie ten skyrnik wyglądał jak z Instagrama. W realu wygląda jak „może jutro”. 3. Podłogi… czyli moja wieczna porażka. Umyłam j...

Jak to będzie…?

Jak to będzie…? To pytanie chodzi mi ostatnio po głowie coraz częściej. Może przez to jedno zdanie lekarza, które niby wiedziałam od dawna, ale usłyszeć je na głos… to coś zupełnie innego. „Nikt Ciebie nie wyleczy, nikt Ciebie nie uzdrowi. Możemy tylko spowalniać, łagodzić.” I wtedy coś we mnie pękło. Coś, co chyba trzymałam na siłę posklejane nadzieją. Niby medycyna jest coraz lepsza. Niby są nowoczesne leki, terapie, technologie, ale ja coraz częściej łapię się na tym, że boję się przyszłości. Nie jutra. Nie za tydzień. Nie za rok czy dwa. Ale tej dalszej przyszłości, która kiedyś może nastąpić. Jak to będzie, kiedy choroba zdecyduje, że już dość delikatnego obchodzenia się ze mną? Jak to będzie, kiedy ręce odmówią współpracy? Kiedy nogi przestaną mnie słuchać? Kiedy ciało stanie się więzieniem? Ja przecież nigdy nie byłam osobą, która potrafi siedzieć w miejscu. Nie pasuję do życia „na siedząco”, nie odnajduję się w świecie, gdzie wszystko trzeba sobie odpuścić. Zawsze miałam w sobi...

Zamiast „Jak się czujesz?” – 10 rzeczy, które dają więcej wsparcia

Nie zliczę, ile razy słyszałam: „Jak się czujesz?” To pytanie ma dobre intencje. Wiem. Ale czasem działa jak zderzenie z betonową ścianą. Bo co mam odpowiedzieć? „Dobrze” – żeby nie martwić? „Źle” – i widzieć zmartwioną twarz, którą potem muszę pocieszać ja? To pytanie jest jak klamra, która trzyma całą rozmowę w napięciu. Nie zawsze mam siłę tłumaczyć. Nie zawsze chcę. Czasem po prostu potrzebuję… bycia obok, a nie analiz. Więc dziś – trochę z przymrużeniem oka, a trochę bardzo serio – przygotowałam listę 10 rzeczy, które możesz powiedzieć zamiast „Jak się czujesz?”, jeśli chcesz naprawdę wesprzeć osobę chorą. --- 1. „Jestem tu, jeśli chcesz pogadać. Albo pomilczeć.” Bo czasem największym wsparciem jest ktoś, kto po prostu siedzi obok i nic nie mówi. Milczenie nie boli – a bycie razem koi bardziej niż tysiąc słów. 2. „Dziś pomyślałam/em o Tobie. Jak mogę Ci ulżyć choć trochę?” Nie pytasz o samopoczucie – pytasz, co konkretnie możesz zrobić. I to się ceni. 3. „Chcesz, żebym Ci coś zamó...

Moje modlitwy brzmią teraz inaczej – i są bardziej moje

Kiedyś modliłam się grzecznie. Szeptem. Z podkulonym sercem. W gotowych formułkach, których nauczyłam się z książeczki do nabożeństwa i od ludzi, którzy wierzyli trochę inaczej niż ja, ale bardzo chcieli mnie nauczyć „jak to się robi poprawnie”. Modliłam się o dobre oceny. O chłopaka, który by mnie zauważył. O to, żeby nie pokłócić się z mamą i żeby jutro było słońce. A potem dorosłam. Nie stało się to nagle – ale przyszedł dzień, kiedy złapałam się na tym, że nie potrafię wypowiedzieć ani jednego zdania z modlitwy „po staremu”. Bo nie da się modlić szablonowo, gdy wszystko w Tobie krzyczy. Nie umiem już modlić się cicho i spokojnie, kiedy boli. Nie umiem zamknąć oczu i udawać, że wszystko będzie dobrze – kiedy nie wiem, czy w ogóle jeszcze będzie „jakoś”. --- Dziś moje modlitwy brzmią inaczej. Nie są ładne. Nie są poukładane. Czasem są pełne złości. Czasem płaczu. Czasem zwątpienia w sprawiedliwość tam u góry. Czasem są tylko westchnieniem w stronę sufitu – „Boże, nie mam siły. Weź to...

Myślałam, że już umiem żyć bez leków. Myliłam się.

Nie zawsze chodzi o depresję… Ale czasem tak. I właśnie teraz — znowu tak. Postanowiłam odstawić tabletki. Te przepisane przez lekarza. Bo przecież już było trochę lepiej. Bo przecież chciałam spróbować żyć bez nich. Zobaczyć, czy dam radę. Czy dam radę być sobą. Bez chemii. Bez wspomagania. Bez tej codziennej garści wsparcia w formie małej tabletki. Nie dałam rady. Najpierw zaczęły wracać problemy ze snem. Jakby mózg zapomniał, że noc służy do odpoczynku. Potem przyszły nerwy. I napięcie. Drażliwość od rana do nocy. Czułam, że znowu wszystko zaczyna mnie irytować. Każda drobnostka zaczęła mnie wyprowadzać z równowagi. Póki co zamykam się w sobie na głucho. I znikam. Nie odpowiadam na wiadomości. Nie odbieram telefonu. Nie tłumaczę się. Nie dramatyzuję. Nie krzyczę. Nie płaczę. Po prostu… znikam. Kładę się pod kocem i udaję, że śpię.  Z zewnątrz wygląda to pewnie jak zmęczenie. Jak spadek formy. Jak potrzeba pobycia samej. Ale we mnie dzieje się wszystko. I wszystko boli. Zawiodłam...

Sterydy – miały pomóc, zostawiły ślad

Zanim zaczęłam leczenie sterydami w tabletkach, wiedziałam jedno – muszę spróbować wszystkiego, żeby dać sobie szansę na ulgę, na choćby odrobinę poprawy. Wiedziałam też, że sterydy mają skutki uboczne. Przeczytałam ulotkę, wysłuchałam lekarza, czytałam opinie. Ale wiecie jak to jest – dopóki coś Cię nie dotknie osobiście, to tak naprawdę nie wiesz, jak bardzo może przewrócić wszystko do góry nogami. Dziś, po zakończonej kuracji, mogę powiedzieć jedno: Sterydy trochę pomogły – ale znacznie więcej zabrały. Nie chcę nikogo straszyć. Ani zniechęcać. Czasem to naprawdę jedyne możliwe leczenie. Ale chcę, żeby ktoś, kto właśnie stoi przed tą decyzją, wiedział, z czym może się zmierzyć. U mnie wyglądało to tak: Problemy ze snem. Zasypianie zajmowało wieki. A nawet jak już zasnęłam – to budziłam się co godzinę. Rano już od 4-5 nie spałam. Wzmorzony apetyt. I to nie taki zwykły głód – to było jak nieustanne ssanie w żołądku, którego nie dało się zagłuszyć. Niepohamowane łaknienie na słodycze. J...