Przejdź do głównej zawartości

Czasem mam dość. I nie muszę się z tego tłumaczyć.

Czasem mam dość.
Po prostu. Bez wyjaśnień, bez głębokiej analizy, bez dramatyzmu.

Mam dość bólu.
Mam dość zmęczenia, które nie mija po śnie.
Mam dość walki, tłumaczenia się, szukania słów, gdy brakuje siły nawet na myślenie.

Czasem nie chce mi się mówić.
Nie chce mi się odpowiadać na pytania.
Nie chce mi się uśmiechać, pocieszać, udawać, że wszystko jest „już prawie dobrze”.

Czasem jestem cicha.
Nie dlatego, że się obraziłam.
Nie dlatego, że coś się stało.
Po prostu – tak właśnie wygląda moje zmęczenie.
Cisza jest wtedy moją formą przetrwania.

I nie muszę się z tego tłumaczyć.
Nikomu.
Bo nie wszystko, co czuję, musi być zrozumiane.
Nie każda emocja potrzebuje uzasadnienia.
Nie każda słabość to coś, co trzeba natychmiast naprawić, zniwelować, ukryć.

To, że czasem mam dość, nie oznacza, że się poddaję.
To, że czasem siedzę w ciszy i nie mam ochoty rozmawiać, nie oznacza, że przestałam walczyć.
To, że jestem zmęczona – nie odbiera mi siły.
To, że jestem sfrustrowana – nie odbiera mi wartości.

Jestem człowiekiem.
Z emocjami, które czasem wylewają się bez kontroli.
Z sercem, które się męczy.
Z ciałem, które nie zawsze współpracuje.
Z głową, która czasem chce po prostu zniknąć na chwilę.

I to jest w porządku.
Nie muszę być zawsze dzielna, uśmiechnięta, gotowa na wszystko.
Nie muszę niczego udowadniać.
Nie muszę przepraszać za to, że czasem nie daję rady.

Bo nawet gdy mam dość – nadal jestem wystarczająca.
W tej ciszy. W tym zmęczeniu. W tym „nie mam siły dziś”.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...