Przejdź do głównej zawartości

Dni, w których nie jestem sobą

Są takie dni, kiedy naprawdę wierzę, że wszystko idzie ku lepszemu. Rozmawiam normalnie, uśmiecham się, żartuję. Nie czepiam się drobiazgów, mam poczucie, że wracam do siebie. I wtedy myślę: „może już będzie dobrze”.

Ale przychodzi inny dzień. Dzień, w którym nie jestem sobą. Mimo leków, mimo wysiłku, mimo całej pracy włożonej w to, żeby się podnieść — nagle wszystko się sypie. Łzy lecą bez powodu, krzyk wybucha w najmniej oczekiwanym momencie, a każda drobnostka staje się ciężarem nie do uniesienia. Czasem mąż pyta "Ale czemu znowu płaczesz? Nic takiego się stało."

Depresja jest chorobą, która nie daje spokoju. To nie jest tylko smutek. To coś, co odbiera kontrolę nad sobą, co rozbija na kawałki. I choć próbuję tłumaczyć sobie, że to nie ja, że to choroba, to jednak trudno uwierzyć w to w chwili, kiedy ranię słowami najbliższych.

A jeśli do tego dochodzi ból… ten codzienny, ten, który nie znika nawet po lekach — wtedy wszystko staje się jeszcze trudniejsze. Ból fizyczny i psychiczny mieszają się w jedno i czuję, jakby moje ciało i umysł wspólnie wypowiadały mi wojnę. W takich momentach trudno być delikatną, trudno być cierpliwą. Najłatwiej wtedy wyżyć się na tych, którzy są najbliżej. I to boli najbardziej.

Depresja to choroba, która odbiera poczucie sprawczości. Raz pozwala normalnie funkcjonować, innym razem zamyka w ciemnym kącie, w którym nic nie ma sensu. I choć wiem, że to nie ja, tylko choroba, to uczucie winy zostaje. Zawsze zostaje.

Depresja jest jak miłość, kto jej nie zaznał, nie zrozumie jak bardzo pochłania całe Twoje ciało i umysł.
I może właśnie dlatego tak trudno ją opisać słowami. Można jedynie próbować — by ci, którzy nigdy jej nie doświadczyli, choć przez chwilę mogli zobaczyć, jak wygląda życie, gdy każdego dnia walczysz o przetrwanie we własnej głowie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...