Przejdź do głównej zawartości

Najtrudniejsze ‘mamo, porobiłbym coś’

Są takie dni, kiedy moje ciało nie współpracuje. Kiedy każdy ruch kosztuje. Kiedy samo wstanie z łóżka jest osiągnięciem na miarę zdobycia szczytu.

I wtedy słyszę: „Mamo, porobiłbym coś.”

Niewinne zdanie. Ciepłe. Tęskniące. Wołające o uwagę i obecność.
A mnie wbija jak nóż. Bo serce krzyczy: Chcę!, a ciało – Nie dam rady.

Nie mam już malutkiego dziecka, które trzeba nosić na rękach, biegać za nim po placu zabaw czy zasuwać z wózkiem.
Mam nastolatka. Chłopaka, który coraz częściej wybiera swoje towarzystwo, swoją muzykę i gry, swój zamknięty pokój.
Ale są momenty, kiedy wraca.
Kiedy jeszcze chce ze mną.
Kiedy mówi: „Mamo, pogralibyśmy w coś, poszlibyśmy gdzieś, porobili coś razem…”

I właśnie wtedy boli najbardziej.
Bo to nie jest codzienne żądanie. To jest dar.
To jest błysk między pokoleniami, który coraz trudniej uchwycić.
To jest coś, czego nie chcę przegapić.

A ja czasem muszę powiedzieć: „Dziś nie dam rady, synku.” I próbuję to mówić miękko. Bez goryczy. Choć ona już wypełnia mnie po brzegi.

Bo nie chodzi o brak chęci.
Nie chodzi o „nie chce mi się”.
Chodzi o ból.
O brak sił.
O kręgosłup, który błaga o litość.
O nogi, które drętwieją.
O ręce, które nie chcą współpracować.
O ciało, które zostało gdzieś w tyle, chociaż ja wciąż chcę być na pierwszej linii – jako mama, kobieta, człowiek.

Czasem się przełamuję. Dla tych chwil.
Zaciskam zęby. Ukrywam grymas. Robimy coś. Choćby przez chwilę. Choćby gra planszowa przy stole. Choćby wspólny film na kanapie, gdy bolące plecy każą mi leżeć w półobrocie.
I on to widzi.
Może nie wszystko rozumie, ale widzi.
I mam nadzieję, że to zostanie mu gdzieś głęboko – że mama próbowała, nawet kiedy było ciężko.

Bo bycie mamą, kiedy ciało zawodzi, to codzienne rozdarte serce.
Między tym, co chcesz, a tym, co możesz.
Między obecnością emocjonalną a fizyczną nieobecnością.
Między „będę zawsze” a „dziś po prostu nie dam rady”.

Ale nie przestaję próbować.
Bo każde „mamo, porobiłbym coś” to szansa.
Szansa, by być. Choćby niedoskonale. Choćby inaczej. Ale być.

I kiedyś mu to powiem – że te wspólne chwile, te jego zaproszenia…
Były dla mnie jak lekarstwo.
Nawet jeśli bolały bardziej niż tabletka mogła uśmierzyć.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...