Są takie dni, które przychodzą nagle, bez zaproszenia, i rozbijają mnie na kawałki.
Dni, w których nawet tabletki na uspokojenie nie potrafią ugasić tego, co czuję w środku.
Wczoraj był właśnie taki dzień.
Byłam sama w domu. I płakałam. Nie tak po cichu, nie tak „kontrolowanie” – tylko na głos, z całych sił, jakby coś we mnie w końcu pękło. I nie umiałam tego zatrzymać. Czułam, jak cała ta bezsilność wylewa się ze mnie falami.
Mam dość.
Mam dość tego życia w wersji „przetrwanie”. Mam dość tego, że są dni, kiedy nawet oddychanie wydaje się ciężkie. Mam dość niesamodzielności – tego, że o tak wiele rzeczy muszę prosić o pomoc. Mam dość, że nawet nie mogę wsiąść w samochód i po prostu pojechać, gdzie chcę, kiedy chcę, bez oglądania się na cokolwiek.
Mam dość tej wiecznej niepewności. Tego, że jest więcej pytań niż odpowiedzi. Tego, że nie wiem, co będzie jutro, za miesiąc, za rok. Mam dość bólu, który jest codziennym towarzyszem. Mam dość łykania tabletek, jakby były częścią mnie.
I mam w sobie ogromne pragnienie – życia bez bólu.
Bez ograniczeń. Bez proszenia. Bez strachu, co będzie dalej.
Chciałabym wrócić do pełnej sprawności, do momentu, w którym mogę wszystko zrobić sama. Do momentu, w którym jestem panią własnego życia, a nie więźniem swojego ciała.
Tylko… nie wiem, czy ten moment kiedykolwiek nadejdzie.
Nie wiem, czy doczekam dnia, w którym będę mogła powiedzieć: „Udało się”.
A dzisiaj po prostu siedzę i myślę, że ta kropla naprawdę przelała czarę goryczy.
I że czasem już nie mam siły nawet jej podnieść.
Komentarze
Prześlij komentarz