Przejdź do głównej zawartości

Kiedy kropla przelewa czarę goryczy

Są takie dni, które przychodzą nagle, bez zaproszenia, i rozbijają mnie na kawałki.
Dni, w których nawet tabletki na uspokojenie nie potrafią ugasić tego, co czuję w środku.
Wczoraj był właśnie taki dzień.

Byłam sama w domu. I płakałam. Nie tak po cichu, nie tak „kontrolowanie” – tylko na głos, z całych sił, jakby coś we mnie w końcu pękło. I nie umiałam tego zatrzymać. Czułam, jak cała ta bezsilność wylewa się ze mnie falami.

Mam dość.
Mam dość tego życia w wersji „przetrwanie”. Mam dość tego, że są dni, kiedy nawet oddychanie wydaje się ciężkie. Mam dość niesamodzielności – tego, że o tak wiele rzeczy muszę prosić o pomoc. Mam dość, że nawet nie mogę wsiąść w samochód i po prostu pojechać, gdzie chcę, kiedy chcę, bez oglądania się na cokolwiek.

Mam dość tej wiecznej niepewności. Tego, że jest więcej pytań niż odpowiedzi. Tego, że nie wiem, co będzie jutro, za miesiąc, za rok. Mam dość bólu, który jest codziennym towarzyszem. Mam dość łykania tabletek, jakby były częścią mnie.

I mam w sobie ogromne pragnienie – życia bez bólu.
Bez ograniczeń. Bez proszenia. Bez strachu, co będzie dalej.
Chciałabym wrócić do pełnej sprawności, do momentu, w którym mogę wszystko zrobić sama. Do momentu, w którym jestem panią własnego życia, a nie więźniem swojego ciała.

Tylko… nie wiem, czy ten moment kiedykolwiek nadejdzie.
Nie wiem, czy doczekam dnia, w którym będę mogła powiedzieć: „Udało się”.

A dzisiaj po prostu siedzę i myślę, że ta kropla naprawdę przelała czarę goryczy.
I że czasem już nie mam siły nawet jej podnieść.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...