Jest coś, czego nie da się przeskoczyć – mur, który oddziela ludzi zdrowych od tych, którzy zmagają się z chorobą.
Można o tym opowiadać godzinami, próbować tłumaczyć, przytaczać przykłady… ale zdrowy człowiek nigdy nie zrozumie chorego.
Nie zrozumie tego, jak to jest budzić się każdego dnia z bólem i iść spać z nadzieją, że może jutro będzie lżej. Nie zrozumie tego, że codzienność trzeba planować pod tabletki, pod rehabilitację, pod ograniczenia własnego ciała. Nie zrozumie, że nawet najprostsze czynności potrafią być barierą, a niezależność staje się marzeniem większym niż jakiekolwiek bogactwo.
Zdrowy nie pojmie tego, jak bardzo boli konieczność proszenia o pomoc. Tego, jak trudno pogodzić się z faktem, że ciało, które kiedyś było oczywistością, dziś jest więzieniem. Nie zrozumie tego lęku o przyszłość – czy będzie lepiej, czy gorzej, czy w ogóle coś się zmieni.
Nie zrozumie zmęczenia sobą. Znużenia powtarzaniem ciągle tej samej historii, ciągłego tłumaczenia swoich ograniczeń, ciągłego życia w cieniu własnych ograniczeń. Nie zrozumie, że czasem człowiek po prostu chce odpuścić, odpocząć od własnej choroby, od własnego ciała, od własnych myśli.
Owszem, zdrowy może współczuć, może wysłuchać, może próbować „postawić się w czyjejś sytuacji”. Ale nigdy tego nie poczuje naprawdę. Bo jak można zrozumieć coś, czego się samemu nie doświadczyło?
I to właśnie najbardziej boli – ta przepaść, której nie da się zasypać.
Chory wie, że jest niezrozumiany. A zdrowy… nawet nie zdaje sobie z tego sprawy.
Dlatego powtarzam: zdrowy nigdy nie zrozumie chorego.
I choć to przykre, muszę nauczyć się żyć z tą prawdą.
Muszę znaleźć własny spokój w świecie, w którym zrozumienie przychodzi tylko z jednej strony.
Bo czasem prawda jest bolesna, ale przyznanie jej daje choć odrobinę ulgi.
Komentarze
Prześlij komentarz