Przejdź do głównej zawartości

To, czego nie robię, też mnie męczy

Zmęczenie nie zawsze przychodzi po zrobieniu „czegoś”.
Czasem najbardziej męczy właśnie to, czego nie robię.

Nie zrobiłam dziś prania.
Nie dokończyłam tego, co zaczęłam wczoraj.
Nie odpisałam. Nie zadzwoniłam. Nie wyszłam z domu.
Nie ogarnęłam. Nie posprzątałam. Nie poruszyłam się z miejsca.
I... jestem wykończona.

Bo zmęczenie nie bierze się tylko z wysiłku.
Czasem większy wysiłek to myślenie o tym, że się nie robi.
Że lista rzeczy do zrobienia nie maleje, tylko puchnie.
Że planujesz w głowie cały dzień – punkt po punkcie – a ciało mówi: znowu nie dziś.

I niby nie ruszyłam się z miejsca.
Niby nikt nie widzi zmiany.
Niby nic się nie wydarzyło.
A ja padam.

Bo to też kosztuje.
To wstawanie z myślą, że może dziś się uda.
To układanie w głowie rzeczywistości, której nie da się unieść.
To nieustanne wewnętrzne negocjacje między „powinnam” a „nie dam rady”.

Zmęczenie przychodzi z bezruchem.
Z patrzeniem na kurz, który rośnie razem z frustracją.
Z zamrożonymi planami. Z przesuwaniem marzeń na później. Z kolejnym „może jutro”.

I nikt tego nie mierzy.
Nikt nie widzi na liczniku: „dzisiaj wyczerpałam się samą próbą bycia”.
Ale ja to czuję. W mięśniach, których nie ruszyłam. W głowie, która cały dzień pracowała bez przerwy.
W sercu, które chciało więcej, mocniej, szybciej – a dostało bezradność.

To, czego nie robię, też mnie męczy.
A może nawet bardziej niż to, co bym zrobiła, gdybym mogła.
Bo niewykorzystana siła… też boli.
Bo kiedy jesteś gotowa do życia, a życie się nie włącza – to wypala od środka.

Ale jutro znowu spróbuję.
Może jedną rzecz zrobię.
Może nie.
Ale i tak będzie mnie to kosztować.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Najpierw marnujemy zdrowie, żeby dojść do pieniędzy, a potem marnujemy pieniądze, żeby dojść do zdrowia

Kiedyś goniłam. Za pracą, za obowiązkami, za tym, żeby wszystko było „na czas”. Zdarzało się, że rezygnowałam ze snu, z odpoczynku, z chwili dla siebie – bo wydawało mi się, że muszę, że inaczej świat się zawali. Zdrowie zawsze odkładałam na później. Bo przecież młody organizm wytrzyma, bo tabletka przeciwbólowa wystarczy, bo „jakoś dam radę”. A potem przyszedł dzień, w którym to zdrowie wystawiło mi rachunek. I nagle wszystko, co wcześniej było najważniejsze – praca, obowiązki, bieganie od sprawy do sprawy – przestało mieć znaczenie. Liczyło się tylko jedno: odzyskać choć część tego, co bezpowrotnie straciłam. Dziś rozumiem, jak przewrotne jest życie. Najpierw dajemy z siebie wszystko, by zdobyć pieniądze. A kiedy już je mamy – wydajemy je na lekarzy, zabiegi, rehabilitację. Paradoks, którego nie dostrzega się wtedy, gdy biegnie się bez tchu. Teraz staram się żyć inaczej. Uczę się zatrzymywać, doceniać ciszę, słuchać własnego ciała. Wiem, że pieniądze nigdy nie zwrócą mi zdrowia. Ale ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...