Przejdź do głównej zawartości

Nie wiem, jaki będzie dzień

Codziennie rano gram w ruletkę.
Nie wiem, co mnie czeka.
Nie wiem, jak będzie wyglądał mój dzień.
Nie wiem, czy dam radę.

Czasem ciężko usnąć albo nie śpię od 4 nad ranem.
Bo boli.
Kręgosłup, stawy, mięśnie, skóra, kości. Wszystko.
Leżę w łóżku i przesuwam się z boku na bok, próbując znaleźć pozycję, w której da się jakoś przetrwać.
Wtedy wiem, że ten dzień będzie ciężki.
Że sił nie będzie.
Że myślenie, jedzenie, ubranie się – wszystko będzie wysiłkiem.

Czasem nie śpię od czwartej.
Bo głowa nie daje spokoju.
Bo myśli się kłębią, pytania wracają jak echo:
„Czy kiedyś będzie lepiej?”
„Jak długo jeszcze?”
„Ja nie wytrzymam tego dłużej.”
„Jeszcze trochę i ten ból mnie wykończy.”
„Mam już dość i nie chcę żyć w bólu.”
Strach, zwątpienie, poczucie samotności, bezradność.
Cisza nocy potrafi być bardzo głośna.

Bywa, że otwieram oczy i zanim jeszcze zdążę cokolwiek pomyśleć – już czuję.
Czuję, że boli.
Czuję, że to będzie zły dzień.
Że jedynym planem będzie: przetrwać.
Wtedy zostaje tylko maść, tabletka i próba spokojnego oddychania.
Bez oczekiwań. Bez planów. Bez sił.

Ale… są też takie poranki, które zdarzają się rzadko, ale się zdarzają.
Kiedy budzę się… i nie boli.
Albo boli mniej.
Albo po prostu czuję się w miarę… jak człowiek.
Wtedy wstaję i robię śniadanie w ciszy.
Siadam i zjadam je bez myślenia o tym, która część ciała zaraz się zbuntuje.
Wtedy nadrabiam. Gotuję. Ogarniam. Działam. Żyję.
Wiem, że wieczorem może przyjść zapłata –
ból tak silny, że nie da się oddychać.
„Zaraz mi pękną plecy…” – mówię czasem przez zaciśnięte zęby.

Ale mimo wszystko warto.
Bo nie wiem, kiedy znowu trafi mi się taki poranek.
Nie wiem, kiedy znowu będzie lepiej, choćby na chwilę.

Moje dni nie są przewidywalne.
Nie mają jednego scenariusza.
Nie mam gwarancji ani instrukcji.

Mam tylko siebie.
I siłę, której sama czasem nie doceniam.
I ciało – kruche, bolesne, ale wciąż gotowe próbować.

Nie wiem, jaki będzie dzień.
Ale codziennie rano sprawdzam.
I robię, co mogę – z tym, co dostanę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...