Czasem najwięcej mówi się wtedy, gdy milczy się najdłużej. Kiedy świat przygniata, kiedy nie masz siły pisać, odpisywać, odbierać telefonu. Nie dlatego, że nie chcesz. Tylko dlatego, że nie możesz. Bo każda wiadomość waży jak tona, a każde "co słychać?" brzmi jak echo z innej planety.
Ale są tacy ludzie, którzy tej ciszy się nie boją. Którzy potrafią w niej być. Czekać. Nie obrażać się, nie robić wyrzutów, nie znikać. Po prostu trwać – po cichu, z troską, w gotowości.
Jeden z nich to mój kuzyn. Rodzina, ale nie tylko na papierze. Taki, który zawsze znajdzie dla mnie chwilę – mimo że sam ma ich pewnie niewiele. Nie dzwoni tylko wtedy, kiedy coś się dzieje. On dzwoni, bo czuje, że powinien. Pisze, bo widzi, że mnie nie ma. Pyta, ale nie z grzeczności. Pyta, bo się martwi. I kiedy trzeba – potrafi mnie postawić do pionu jak nikt inny. Czasem dosadnie, czasem szorstko. Ale zawsze z sercem. Nigdy nie mam wątpliwości, że to wszystko po to, żebym nie zgubiła się w swoim zmęczeniu. Żebym nie dała się uśpić bólowi, który próbuję zagadać ciszą.
Drugi to człowiek, którego śmiało mogę nazwać bratem – choć z krwi nie jesteśmy. Przyjaciel z dzieciństwa, z tych znajomości, które nie potrzebują stałego kontaktu, żeby były żywe. Bo nawet jeśli dzieli nas dziś setki kilometrów, to i tak jesteśmy blisko. Zawsze. Gdy się spotykamy – rozmowy płyną jakbyśmy widzieli się wczoraj. I nawet przez ekran potrafi trafić w punkt. Napisać jedno zdanie, które przewietrzy głowę. Doradzić, gdy ja już nie mam siły myśleć. Przypomnieć, że nie jestem sama, nawet jeśli wszystko inne mówi co innego.
Ten wpis jest dla Was.
Za obecność, kiedy mnie nie było.
Za cierpliwość, gdy moje milczenie dłużyło się zbyt długo.
Za zrozumienie, które nie potrzebowało słów.
Za wszystko, co robicie – i czego nie musicie robić, a robicie mimo to.
Dziękuję Wam obu –
za to, że jesteście moimi filarami w chwilach, kiedy trudno mi się utrzymać w pionie.
Za to, że nie znikacie, kiedy znikam ja.
Z serca. Dziękuję.
Komentarze
Prześlij komentarz