Przejdź do głównej zawartości

5 rzeczy, które pomogły mi w depresji

Nie ma jednego uniwersalnego sposobu na wyjście z depresji. Każdy z nas przeżywa ją inaczej i potrzebuje czegoś innego. Ale chcę się podzielić tym, co pomogło mnie. Może dla kogoś będzie to iskra, która zapali choćby małe światełko.

1. Tabletki przepisane przez lekarza
Nie od razu chciałam po nie sięgnąć, ale to był początek. Bez nich nie miałabym siły zrobić niczego innego. Pomogły mi się ustabilizować i złapać oddech.

2. Spokój i cisza
Zrezygnowałam z hałaśliwych bodźców, ludzi, którzy mnie przytłaczali, i pozwoliłam sobie na bycie tylko ze sobą. Wyciszenie było jak opatrunek.

3. Niewielka poprawa formy fizycznej
Nie mówimy tu o bieganiu maratonów. Czasem po prostu wstanie z łóżka i zrobienie kilku skłonów albo lekkie rozciąganie było moim małym sukcesem.

4. Spacer
Kilka kroków na świeżym powietrzu, z psem albo sama. Z początku to był wysiłek, ale potem – małe wytchnienie. Kawałek normalności.

5. Robienie czegokolwiek w domu
Zajęcie rąk czymś prostym: ugotowanie obiadu, przetarcie kurzy, nawet odłożenie rzeczy na swoje miejsce – pozwalało mi nie myśleć i poczuć, że coś zrobiłam. Nawet jeśli to było tylko „coś małego”.


---

Na koniec…
Dziś, gdy patrzę na siebie sprzed kilku miesięcy, czuję wdzięczność. Za to, że nie poddałam się mimo wszystko. Za każdy mały krok, który wydawał się wtedy ogromny. I za to, że dziś mogę o tym napisać – z nadzieją, że ktoś przeczyta i pomyśli: może i ja dam radę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...