Przejdź do głównej zawartości

Dobre dni trzeba zapamiętywać. Dla tych gorszych.

Są takie dni, kiedy wstaję bez bólu. Kiedy słońce wpada przez okno i czuję w sobie spokój, którego tak długo nie było. Kiedy śmieję się z czegoś zupełnie głupiego. Kiedy mogę po prostu być – bez walki, bez napięcia, bez udawania.

To są moje dobre dni. I nauczyłam się je zapamiętywać.

Nie po to, żeby żyć przeszłością. Ale po to, żeby mieć się czego trzymać wtedy, gdy znów będzie ciężko.

Bo przychodzą też te inne dni. Kiedy boli ciało, boli dusza, boli wszystko naraz. Kiedy nie wiem, po co wstawać. Kiedy każdy gest kosztuje więcej niż powinien. I wtedy właśnie wyciągam z pamięci te dobre chwile. Te momenty, kiedy czułam się lekka. Albo chociaż… mniej ciężka.

Zbieram je jak zdjęcia w albumie. Jak pamiątki po samej sobie – tej, która potrafiła się uśmiechać. I wtedy, w tych trudnych godzinach, przypominam sobie: to nie zawsze będzie tak wyglądać. Już kiedyś było lepiej – i znów będzie.

Czasem zapisuję dobre dni w dzienniku. Czasem robię zdjęcie kawy na balkonie albo bukietu z łąki. Czasem wystarczy jedno słowo, jeden zapach, jedno spojrzenie – by ten dzień zapisał się głębiej.

To nie znaczy, że wypieram trudności. Ale nie pozwalam im zakryć wszystkiego. Nie oddaję im całej siebie.

Dobre dni nie są oczywistością. Są prezentem. A ja uczę się przyjmować je z wdzięcznością i zachowywać w sercu – jak mapę, którą będę mogła wyciągnąć, gdy znów się pogubię.


---

A Ty? Jak zapamiętujesz swoje dobre dni?
Może masz zdjęcia, cytaty, zapiski? Podziel się w komentarzu. Może właśnie dziś komuś bardzo przypomnisz, że słońce wraca.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...