Przejdź do głównej zawartości

Nie zawsze mam siłę, ale codzienność nie pyta – działać trzeba

Są dni, kiedy budzę się i od razu czuję ciężar wszystkiego – bólu, zmęczenia, wspomnień, które potrafią być bardziej przytłaczające niż jakakolwiek fizyczna niedyspozycja. Są poranki, kiedy najchętniej schowałabym się pod kołdrą i została tam do jutra. Ale rzeczywistość nie pyta, czy dziś mam siłę. Codzienność ma własny rytm, własne potrzeby i obowiązki, które nie znikają, kiedy akurat nie mam siły się z nimi zmierzyć.

Z czasem zrozumiałam, że to nie o siłę tu chodzi, tylko o wybory. Codzienne, drobne decyzje – czy dziś wstanę, choćby powoli? Czy napiję się wody z cytryną, jak sobie obiecałam? Czy zrobię te kilka ćwiczeń, które pomagają mi lepiej funkcjonować, nawet jeśli ciało protestuje? To są moje małe bitwy. I nie wygrywam ich wszystkich. Ale wystarczy, że wygram jedną dziennie. Czasem to wystarczy, żeby dzień nie był stracony.

W chorobie, w rekonwalescencji, w zmaganiach psychicznych i fizycznych – bardzo łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że wszystko powinno się dziać „jak kiedyś”, „jak u innych”. Ale ja nie jestem jak kiedyś. I nie muszę być. Wystarczy, że jestem dziś – tu i teraz – i że robię tyle, ile mogę. Nawet jeśli to tylko oddech, chwila dla siebie, spacer, ugotowany obiad czy po prostu uśmiech do kogoś bliskiego.

Każdy dzień to próba. Nie idealna, ale moja. A siła? Siła nie zawsze krzyczy. Czasem po prostu szepcze: „wstań, spróbuj jeszcze raz”.


---

Dziękuję, że jesteś tu ze mną. Za każde polubienie, za każdy komentarz, za każde udostępnienie. To daje mi siłę i motywację, że to, co robię, ma sens.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Koniec wakacji – radość i strach w jednym

Wakacje dobiegają końca. Dla wielu dzieci to czas ekscytacji, dla rodziców – często ulga, że wraca codzienna rutyna. A ja? Ja mam w sobie mieszankę dwóch skrajnych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że mój syn wraca do szkoły. Widzę, jak bardzo go to cieszy, jak odnajduje się w tym, co robi. To nie jest tylko obowiązek – to jego pasja. On naprawdę lubi się uczyć tego, co wybrał. I kiedy patrzę na niego, wiem, że jest we właściwym miejscu, że robi coś, co go napędza i daje mu radość. Ale z drugiej strony… jestem trochę przerażona. Bo kiedy on będzie w szkole, ja zostanę sama w domu. I choć zawsze jakoś sobie radzę, to brak jego obecności odczuję bardzo mocno. On jest dla mnie ogromnym wsparciem, taką moją opoką. Wiem, że mogę na niego liczyć w każdej chwili. Czasem odpowie „zaraz” albo „teraz mam ważne”, ale koniec końców zawsze robi to, o co go poproszę. Ciężko będzie mi się przyzwyczaić do tej ciszy, do tego, że nie ma go tu obok. Do tego, że nie mogę w każdej chwili poprosić o pomoc ...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...