Przejdź do głównej zawartości

Czego nauczyła mnie samotność w chorobie (choć nigdy nie byłam całkiem sama)

To nie będzie wpis o samotności w dosłownym znaczeniu. Bo przecież nie byłam sama. Moja rodzina była przy mnie – obecna ciałem i sercem. Wspierała mnie każdego dnia. Znosiła moje zmienne nastroje, bezsilność, strach, a czasem nawet złość. To ogromne. Bez nich wiele bym nie przetrwała.

Ale była też inna samotność. Ta, która przychodzi, kiedy świat się kurczy do bólu, szpitalnych sal i niepewności. Kiedy nie masz siły odpowiadać na wiadomości. Kiedy nie wiesz, co powiedzieć, bo nie chcesz mówić o cierpieniu. Bo to boli jeszcze bardziej.

I wtedy życie brutalnie pokazuje, kto naprawdę był obok.

Zobaczyłam, kto był tylko „bo tak wypada”. Kto chciał tylko zaspokoić ciekawość, liczył na relacje z pierwszej ręki – „a co u Ciebie?”, „jak się czujesz?”, „co lekarze powiedzieli?”. A gdy nie dostał odpowiedzi – obraził się. Bo nie miałam siły odpisywać. Bo nie potrafiłam mówić o tym, co się dzieje, gdy było najgorzej.

Dla niektórych moja cisza była nie do przyjęcia. Może ich dumę zabolało, że nie napisałam. Że nie zdawałam im raportów ze swojego życia.

Ale byli też inni. Tacy, którzy potrafili poczekać. Którzy rozumieli, że teraz nie czas. Że potrzebuję przestrzeni. I że jeśli będę gotowa – sama się odezwę.

To dzięki nim zrozumiałam, że prawdziwa obecność nie krzyczy. Nie wymusza. Nie robi wyrzutów. Prawdziwa obecność siedzi w milczeniu obok – gotowa, cierpliwa, cicha.

Samotność w chorobie nauczyła mnie, że czasem trzeba odciąć się od wielu, żeby zobaczyć tych nielicznych – prawdziwych.

I dziś – dziękuję właśnie im. Tym, którzy nie oczekiwali niczego, ale byli. Tym, którzy nie potrzebowali słów, by pokazać, że im zależy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...