Czasem ktoś patrzy na mnie i widzi tylko chorobę. Tabletki, badania, wizyty u lekarzy, dni pełne bólu i zmęczenia.
Ale ja wciąż mam coś, czego żadna choroba mi nie zabrała – poczucie humoru.
Bo prawda jest taka, że nawet w najtrudniejszych dniach zdarzają się sytuacje, przy których nie da się nie śmiać.
Na przykład wtedy, gdy próbuję wstać z kanapy i wyglądam jak 90-letnia babcia… a mój syn pyta: „Mamo, mam ci przynieść laskę czy już wózek?”
Albo kiedy rehabilitacyjne gumy do ćwiczeń strzelą mi jak proca i połowa pokoju ma darmowy pokaz akrobatyczny.
Albo gdy proszę męża, żeby pomógł mi się rozciągnąć, a wychodzi z tego bardziej kabaret niż fizjoterapia.
Albo gdy chce coś szybko powiedzieć i wtedy nagle nie pamiętam żadnych słów lub używam zupełnie innych niż w danej sytuacji powinnam.
Śmiech naprawdę działa jak lekarstwo.
Nie zabiera bólu, ale go oswaja.
Nie dodaje sił, ale pozwala spojrzeć na trudny dzień trochę lżej.
I wiesz co?
Może właśnie dlatego wciąż potrafię iść dalej – bo zamiast pytać „dlaczego ja?”, czasem wolę po prostu… parsknąć śmiechem.
Choroba wiele mi odebrała.
Ale jeśli próbowała ukraść mi poczucie humoru, to trafiła na naprawdę ciężki orzech do zgryzienia.
Komentarze
Prześlij komentarz