Przejdź do głównej zawartości

Najtrudniejsze jest proszenie o pomoc

Mam już dość proszenia.
O podwiezienie, bo sama nie mogę prowadzić samochodu.
O podanie czegoś z półki, bo nie sięgam.
O zawiązanie butów, bo dziś znów się nie da.
To takie drobiazgi — codzienne, niby nic wielkiego — a potrafią złamać człowieka od środka.

Zawsze byłam samodzielna. Zawsze radziłam sobie sama.
Nie lubiłam prosić. Nie lubiłam być dla kogoś ciężarem.
A teraz codzienność zmusza mnie do tego, by prosić.
I choć wiem, że moi bliscy pomagają z serca, z miłości, to każda taka chwila coś we mnie zabiera.
Trochę dumy. Trochę poczucia wartości. Trochę tej dawnej mnie.

Bo ktoś, kto całe życie był niezależny, nie potrafi pogodzić się z tym, że nagle — z dnia na dzień — nie może zrobić tylu prostych rzeczy.
Nie dlatego, że się nie chce.
Nie dlatego, że się wygodnie żyje.
Tylko dlatego, że ciało mówi „nie”, choć głowa wciąż krzyczy „tak, potrafię!”.

Są dni, kiedy walczę z tym spokojnie.
Ale są też takie, kiedy mam dość. Kiedy łzy napływają do oczu przy tak banalnej rzeczy jak sznurówki czy zakupy.
Bo chciałabym znów po prostu móc. Bez proszenia. Bez czekania. Bez tłumaczenia.

Nie chcę litości. Chcę tylko zrozumienia.
Że to nie lenistwo. Nie wygoda. Nie kaprys.
To po prostu życie po drugiej stronie — tam, gdzie niezależność trzeba oddać kawałek po kawałku, ucząc się od nowa prosić o rzeczy, które kiedyś były oczywiste.

I chyba właśnie to jest najtrudniejsze.
Nie ból. Nie ograniczenia.
Tylko to, że człowiek, który zawsze dawał radę, nagle musi przyznać — nie dam rady sam.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tęsknota za codziennością, która dawała siłę

 Są tacy, którzy mówią: „Nie lubię swojej pracy, robię to tylko dla pieniędzy”. Ja zawsze miałam inaczej. Praca była dla mnie czymś więcej – nie tylko obowiązkiem, ale miejscem, gdzie czułam się potrzebna, skupiona, żywa. Była moją odskocznią od domowych problemów, codziennych trosk i niepokoju. Gdy przekraczałam próg, wszystko zostawało za drzwiami – nie było już miejsca na zamartwianie się, na rozkładanie życia na czynniki pierwsze. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Praca wymagała ode mnie pełnej koncentracji, zaangażowania i odpowiedzialności. I dawała mi za to coś bardzo cennego – poczucie sensu, rytm, strukturę dnia. Od dłuższego czasu nie mogę jednak do niej wrócić. Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Ciało przestało współpracować, a ja musiałam się zatrzymać. I choć minęło już sporo czasu, tęsknota nie mija. Brakuje mi tej codziennej rutyny, porannych przygotowań, znajomych twarzy, odpowiedzialności – wszystkiego, co tworzyło moją „pracową rzeczywistość”. Bardzo ...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...

Dom bez bólu – małe zmiany, które pomagają żyć z ograniczeniami

Dom to nie tylko ściany i meble. To przestrzeń, w której chcemy czuć się bezpiecznie. Ale kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nawet własny dom potrafi stać się labiryntem bólu i frustracji. Na szczęście są rzeczy, które można zrobić – małe zmiany, które z czasem okazują się ogromnym wsparciem. Na początku wszystko przychodziło opornie. Nie chciałam widzieć w swoim domu przedmiotów, które kojarzyły mi się z chorobą. Uchwyty przy wannie? Nakładka na ubikację? Kule? Przecież to dla „starszych ludzi”… – myślałam. A potem przyszły dni, kiedy każdy ruch był walką. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o dumę. Chodzi o to, by żyć wygodniej. Bezpieczniej. Bez bólu. Na pierwszy ogień poszły: z pozoru mało estetyczna, ale zbawienna nakładka podwyższająca sedes. Krzesło, które pozwoliło mi się nie spieszyć i dać radę w łazience się rozebrac, wytrzeć, ubrać. Brak dywaników – żeby się nie potknąć, kiedy nogi odmawiają współpracy. Stymulator prądów EMS i TENS – niepozorne urządzenie, które potr...