Mam już dość proszenia.
O podwiezienie, bo sama nie mogę prowadzić samochodu.
O podanie czegoś z półki, bo nie sięgam.
O zawiązanie butów, bo dziś znów się nie da.
To takie drobiazgi — codzienne, niby nic wielkiego — a potrafią złamać człowieka od środka.
Zawsze byłam samodzielna. Zawsze radziłam sobie sama.
Nie lubiłam prosić. Nie lubiłam być dla kogoś ciężarem.
A teraz codzienność zmusza mnie do tego, by prosić.
I choć wiem, że moi bliscy pomagają z serca, z miłości, to każda taka chwila coś we mnie zabiera.
Trochę dumy. Trochę poczucia wartości. Trochę tej dawnej mnie.
Bo ktoś, kto całe życie był niezależny, nie potrafi pogodzić się z tym, że nagle — z dnia na dzień — nie może zrobić tylu prostych rzeczy.
Nie dlatego, że się nie chce.
Nie dlatego, że się wygodnie żyje.
Tylko dlatego, że ciało mówi „nie”, choć głowa wciąż krzyczy „tak, potrafię!”.
Są dni, kiedy walczę z tym spokojnie.
Ale są też takie, kiedy mam dość. Kiedy łzy napływają do oczu przy tak banalnej rzeczy jak sznurówki czy zakupy.
Bo chciałabym znów po prostu móc. Bez proszenia. Bez czekania. Bez tłumaczenia.
Nie chcę litości. Chcę tylko zrozumienia.
Że to nie lenistwo. Nie wygoda. Nie kaprys.
To po prostu życie po drugiej stronie — tam, gdzie niezależność trzeba oddać kawałek po kawałku, ucząc się od nowa prosić o rzeczy, które kiedyś były oczywiste.
I chyba właśnie to jest najtrudniejsze.
Nie ból. Nie ograniczenia.
Tylko to, że człowiek, który zawsze dawał radę, nagle musi przyznać — nie dam rady sam.
Komentarze
Prześlij komentarz