Czasem mówisz. Naprawdę mówisz — nie po to, żeby się żalić, ale żeby ktoś choć na chwilę zajrzał w ten kawałek Ciebie, który od dawna boli.
Ale zamiast zrozumienia słyszysz: „będzie dobrze”, „nie myśl o tym”.
I wtedy przestajesz mówić. Bo po co, skoro nikt i tak nie słyszy?
Nie chodzi o to, że chcesz, żeby ktoś naprawił Twoje życie.
Nie oczekujesz cudów.
Chcesz tylko, żeby ktoś zatrzymał się na moment i naprawdę usłyszał, co kryje się między Twoimi słowami.
Tę cichą prośbę o uwagę. O obecność.
O to, by ktoś nie uciekł w milczenie, kiedy Twoje oczy mówią więcej niż tysiąc zdań.
Ludzie często boją się bólu — nawet tego cudzego.
Szybko go przykrywają żartem, tematem zastępczym, pustym „trzymaj się”.
Bo łatwiej jest nie słuchać, niż poczuć ten ciężar choć przez chwilę.
A więc uczysz się milczeć.
Z czasem stajesz się swoim własnym słuchaczem.
Rozmawiasz z sobą po cichu — nocą, między jednym oddechem a drugim.
Znasz każde swoje pęknięcie, każdą próbę podniesienia się, każdy moment, kiedy chciałaś po prostu zniknąć.
I mimo że Twój głos często ginie w hałasie świata, on jest.
Nieśmiały, cichy, ale prawdziwy.
Czasem drży, czasem milknie, ale nigdy całkiem nie znika.
Bo nawet jeśli nikt nie słyszy — Ty wiesz, że on wciąż w Tobie żyje.
I może kiedyś usłyszy go ktoś, kto nie będzie chciał uciszyć, poprawić, pocieszyć na siłę…
Tylko po prostu — zrozumie.
Komentarze
Prześlij komentarz