Przejdź do głównej zawartości

Nie widać, więc nie istnieje?

Są choroby, które widać. Gips na nodze, blizny, bandaże – one budzą zrozumienie. Ludzie od razu mówią: „ojej, pewnie boli”, „dużo zdrowia”, „trzymaj się”. Ale są też takie choroby, które nie zostawiają widocznych śladów. Nie rzucają się w oczy. Nie mówią za nas. Nie tłumaczą, dlaczego czasem się potykamy, zatrzymujemy, milczymy, rezygnujemy.

To właśnie te niewidoczne choroby najczęściej są kwestionowane.
Bo jak to – wyglądasz normalnie, uśmiechasz się, więc pewnie przesadzasz, dramatyzujesz, albo „po prostu ci się nie chce”.

Społeczeństwo lubi mieć dowody. A kiedy ich nie widzi, zaczyna wątpić. W ból. W zmęczenie. W ograniczenia. W to, że codziennie ktoś może walczyć z czymś, czego nie da się zobaczyć gołym okiem, ale co rozrywa go od środka.

Ci, którzy żyją z chorobami przewlekłymi, neurologicznymi, psychicznymi czy bólowymi, często muszą nie tylko walczyć o zdrowie – muszą też bronić swojego prawa do słabości. Muszą tłumaczyć, dlaczego nie dali rady, dlaczego nie przyszli, dlaczego musieli odpuścić. Jakby ból potrzebował świadków, żeby był prawdziwy.

A przecież nie wszystko, co realne, musi być widoczne.
Ciało może się uśmiechać, a dusza może krzyczeć.
Ktoś może iść prosto, a jednocześnie z każdą minutą tracić siły.
Ktoś może rozmawiać normalnie, a w środku toczyć wojnę z własnym organizmem, który odmawia posłuszeństwa.

Potrzeba nam więcej empatii. Więcej ciszy zamiast oceny. Więcej pytań: „jak się dziś czujesz?”, zamiast „przecież wyglądasz zdrowo”. Bo czasem to, że ktoś dotarł dokądś, jest już jego codziennym zwycięstwem. A to, że wstał, ubrał się i uśmiechnął – to już była walka, której świat nie zobaczył.


Nie trzeba widzieć bólu, by uwierzyć, że istnieje. Czasem wystarczy uwierzyć człowiekowi.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Małe radości, które trzymają mnie przy życiu

Nie trzeba wielkich rzeczy, żeby człowiek mógł poczuć, że jeszcze jest sens. Że jeszcze warto. Że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co próbuje mnie przygiąć do ziemi – nadal stoję. Czasem chwiejnie, ale stoję. I oddycham. To właśnie te małe radości ratują mnie w trudnych chwilach. Takie, które dla kogoś mogą być niczym, a dla mnie są wszystkim. Mój pies – jego łapy stukające o podłogę, kiedy rano biegnie do mnie z ogonem jak wiatrak. Gdy kładzie mi głowę na kolanach w chwili, kiedy tego najbardziej potrzebuję, choć nawet nie powiedziałam ani słowa. On wie. Po prostu wie. Kubek dobrej kawy wypity w ciszy. Bez pośpiechu. Czasem na balkonie, czasem przy oknie, patrząc, jak słońce leniwie przebija się przez chmury. Albo jak deszcz spływa po szybie. I nagle w tej prostocie jest spokój, którego nie potrafią dać nawet najmądrzejsze słowa. Syn, kiedy przychodzi porozmawiać – bez powodu, ot tak. Albo kiedy śmiejemy się z czegoś głupiego, co tylko my rozumiemy. Kiedy spędzamy czas razem. To są...

Nie jestem już tą samą osobą. I wcale nie chcę wracać

Zmieniłam się. Naprawdę. I to nie jest tylko kwestia czasu, przeżyć, doświadczeń. To nie jest „dojrzałość” czy „życiowa mądrość”. To też — ale nie tylko. To przede wszystkim spokój, który przyszedł nie sam. Przyszedł dzięki tabletkom, które przepisał lekarz. Nie wstydzę się tego. Nie ukrywam tego. Bo prawda jest taka, że uratowały mnie. Uratowały mnie ode mnie samej. Od głupich myśli i rozważań, które mogły doprowadzić do tragedii. Nie jestem już tą samą osobą. Kiedyś byłam ciągle na krawędzi. Wybuchałam, płakałam, czepiałam się o bzdury. Nosiłam w sobie napięcie, którego nie umiałam rozładować inaczej niż złością. Nerwy były we mnie jak sprężyna, gotowa do odbicia przy najdrobniejszym dotyku. Teraz jestem spokojniejsza. Nie taka zupełnie „inna”. Po prostu... złagodniałam. Jest we mnie więcej wyrozumiałości. Więcej ciszy. Mniej potrzeby, żeby wygrywać każdą emocjonalną wojnę. Nie twierdzę, że wszystko jest idealnie. Noce wciąż są trudne. Myśli nie zasypiają wtedy, kiedy ja próbuję. Cza...

Co zrobić, kiedy jesteś już na samym końcu… wszystkiego

Są takie dni, kiedy nie chodzi już o złe samopoczucie. Ani o gorszy humor, ani o to, że boli. Chodzi o to coś głębiej, co pęka w człowieku bez dźwięku. Kiedy wstajesz rano i wiesz, że to będzie kolejny dzień z serii „nie dam rady”. Kiedy czujesz, że jesteś na końcu. Na końcu cierpliwości. Na końcu wytrzymywania. Na końcu sił, myśli, nadziei. I wszystko w środku mówi ci, że z tego końca to już się nie wraca. --- Wiesz, ile razy ja tam byłam? Nie w odwiedzinach. Nie na chwilę. Z walizką. Z rezygnacją. Z sercem, które miało już dość. Nie miałam ochoty słuchać, że „będzie lepiej”, „czas leczy”, „trzeba być silnym”. Bo wtedy nie chcesz być silny. Chcesz zniknąć. Albo po prostu przestać czuć. --- Ale coś ci powiem – może to jedyna rzecz, jaką warto wtedy usłyszeć: „Koniec” to bardzo dziwne miejsce. Bo to właśnie tam można się zatrzymać na tyle, żeby usłyszeć siebie. Nie świat, nie ludzi, nie oczekiwania – ale ten szept z głębi ciebie, który mówi: „Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale jeszcze sp...