Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2025

Na granicy starego i nowego

Kończy się grudzień. Cicho domyka się kolejny rok. Rok, który – jak to zwykle bywa – nie był ani całkiem dobry, ani całkiem zły. Był mieszanką wszystkiego naraz. Słodko-gorzki. Pełen kontrastów. Były momenty, w których dawał uśmiech i wzruszenie. Drobne radości, które potrafiły rozjaśnić dzień. Były też chwile trudne – takie, które uczyły pokory, cierpliwości i tego, że nie na wszystko mamy wpływ. Dał jasny sygnał, że o siebie trzeba walczyć. Że nie wolno rezygnować. Że nawet wtedy, gdy jest ciężko, warto iść dalej – choćby małymi krokami. Był rokiem trudnym. Momentami bezlitosnym. Przynosił ból, łzy i bezsenne noce pełne myśli. A jednocześnie uczył doceniać to, co pozornie oczywiste. Każdą spokojną chwilę. Każdy dzień, który udało się po prostu przeżyć. Zmuszał do oswajania nowej rzeczywistości i odnajdywania się w niej na nowo. Żegnam Cię, stary roku. Zostawiam za sobą wszystko, co było zbyt ciężkie do dźwigania. W nowy rok chcę wejść z nadzieją. Z pragnieniem większego spokoju – teg...

Dwa lata z bólem, który nie odpuszcza

Już niedługo miną dwa lata, odkąd żyję w bólu. Nie takim chwilowym, który pojawia się i znika. Przewlekłym. Stałym. Takim, który jest ze mną dniem i nocą, bez przerwy, bez wytchnienia. Na początku walczyłam z nim jak umiałam. Tabletka za tabletką. Coraz mocniejsze leki, coraz większa desperacja, żeby tylko przestało boleć – choćby na chwilę, choćby „na teraz”. Chciałam zagłuszyć ten ból za wszelką cenę. Z czasem przyszło coś, czego nigdy nie chciałam – przyzwyczajenie. Przyzwyczaiłam się do życia w bólu. Ale też zrozumiałam, że ciągłe sięganie po leki przyćmi go tylko na moment, a w zamian odbierze coś innego: zdrowie, siły, spokój. Dlatego dziś staram się wytrzymywać. Biorę dodatkowe tabletki wtedy, kiedy naprawdę muszę. Kiedy nie mam wyboru. Kiedy muszę wyjść z domu, funkcjonować, udawać normalność. Niby się przyzwyczaiłam… Ale są dni, kiedy nie da się już udawać, że jest „w miarę”. Nie chodzi nawet o fizyczny ból. Chodzi o to, co robi z głową, z psychiką, z emocjami. O to zmęczenie,...

Grinch i święta bez fałszu

Grinch nie nienawidził świąt. On nienawidził tego wszystkiego, co często się wokół nich buduje: fałszu, hipokryzji, sztucznych uśmiechów i udawania, że „tak trzeba, bo to święta”. I im jestem starsza, tym częściej łapię się na tym, że… po części go rozumiem. Bo po co składać komuś życzenia tylko dlatego, że tak wypada, skoro w duchu myśli się o tej osobie źle? Po co uśmiechać się sztucznie do kogoś, kogo się nie lubi i z kim na co dzień nie chce się mieć nic wspólnego? Po co życzyć komuś szczęśliwego nowego roku, jednocześnie myśląc, żeby wcale mu się nie układało lepiej niż dotąd? Albo te „wesołych świąt”, rzucane jak formułka. A przecież wiemy, że dla wielu osób te święta wcale nie są wesołe. Że ktoś siadł do stołu z bólem, ze stratą, z pustką albo z myślami, których nie da się przykryć choinką i kolędą. Czy naprawdę to wszystko ma sens? Czy nie prościej byłoby bez tego całego udawania? Bez wymuszonych życzeń. Bez spotkań „na siłę”, bo rodzina, bo tradycja, bo tak trzeba. Bez tej gry...

Wigilia – dzień cichych życzeń

Dziś jest Wigilia. Dzień dobrych słów, składanych życzeń i spotkań przy jednym stole. Dzień, w którym na chwilę zwalniamy, odkładamy na bok codzienność i próbujemy być bliżej siebie – nawet jeśli przez resztę roku było z tym różnie. Niech ten dzień będzie dla wszystkich szczęśliwy. Niech przyniesie spokój tym, którzy od dawna go nie czują. Niech da nadzieję tym, którzy w ostatnich miesiącach stracili wiarę, że coś jeszcze może się ułożyć. Niech nowy rok przyniesie jak najwięcej dobra, zdrowia i zwykłych, cichych radości. W tą Wigilię myślę też o tych, dla których ten dzień nie jest łatwy. O tych, którzy spędzają go w szpitalach. O tych, którzy zasiądą przy stole z bólem, smutkiem albo pustką w sercu. O tych, którzy kogoś stracili albo tęsknią za dawnym życiem. To też są święta. Nie zawsze idealne. Nie zawsze radosne. Czasem po prostu prawdziwe. Może właśnie w tym tkwi ich sens – żeby być razem mimo wszystko. Żeby wypowiedzieć dobre słowo nawet wtedy, gdy w środku jest cicho i trudno. Ż...

Dlaczego kocham zapach lasu i grzybów

Za kilka dni w mojej kuchni będzie gotowała się zupa z suszonych grzybów. Taka prawdziwa, aromatyczna, powoli pyrkająca. Wystarczy otworzyć garnek, żeby cały dom wypełnił się zapachem lasu. I ja już wiem, że w tej jednej chwili zrobi mi się cieplej na sercu. Kocham zapach grzybów. Bo dla mnie to nie jest tylko zapach jedzenia. To zapach wspomnień. Zapach spokoju. Zapach miejsca, które zawsze było dla mnie azylem. Mojego ukochanego miejsca. Tego, które mój syn, kiedy był jeszcze mały, nazywał „leśnym domkiem”. Za tym zapachem kryje się cisza, jakiej nie ma nigdzie indziej. Taka prawdziwa, głęboka. Bez klaksonów, bez pośpiechu, bez ciągłego „muszę” i „zaraz”. Jest las. Jest spokój. Jest czas, który płynie wolniej. Tam nie ma tłumów ludzi ani przepychu. Jest za to kominek, ciepło, trzask drewna i my. Bez planów, bez presji, bez udawania czegokolwiek. Tam naprawdę można zdjąć z siebie wszystko to, co na co dzień przygniata. Naładować baterie. Odpocząć tak, jak odpoczywa się rzadko. Dlatego...

Święta, które przychodzą mimo wszystko

Zbliżają się święta. Coraz bardziej je widać i czuć – w sklepach pełnych lampek i bombek, na ulicach rozświetlonych dekoracjami, w domach, w których powoli pojawiają się choinki. Ludzie kupują prezenty, planują spotkania, jakby byli trochę lżejsi, trochę szczęśliwsi. Jakby ten czas naprawdę niósł ze sobą coś dobrego. A ja? Ja jakoś ich nie czuję. I nie pragnę. Wiem, że będą. Będą ozdoby, choinka, prezenty. Będzie stół, bliscy, tradycja. Ale w tym roku nic z tego nie wywołuje we mnie radości. Bo co z tego, że usiądę z rodziną przy stole, skoro dla mnie siedzenie nie jest już przyjemnością. Jest wysiłkiem. Jest walką z czasem. Z każdą minutą przychodzi większy ból. Z każdą minutą pojawia się coraz silniejsze drętwienie nóg. Trzeba nimi ruszać, kręcić, zmieniać pozycję, kombinować, szukać ulgi tam, gdzie jej właściwie nie ma. Aż w końcu trzeba wstać. Rozruszać się. Rozchodzić ból. Jakby ciało domagało się uwagi dokładnie wtedy, kiedy najbardziej chce się być „normalnie”. To wszystko nie p...

Cichy wróg w żyłach

Są takie rzeczy, o których człowiek myśli: mnie to nie dotyczy. Że to problemy starszych, schorowanych, tych „po pięćdziesiątce”, co latami źle jedli i mało się ruszali. A potem przychodzi dzień, kiedy patrzysz na swoje wyniki badań… i robi Ci się zimno. Bo nagle okazuje się, że nawet jeśli jesteś jeszcze młody, szczupły, w miarę dobrze się odżywiasz – to i tak życie potrafi podsunąć pod nos coś, czego absolutnie się nie spodziewasz. Wysoki cholesterol. Miażdżyca. Dwie rzeczy, które wydają się takie odległe, a często są już tuż obok… tylko cicho siedzą i czekają. To bardzo zdradliwe choroby. Nie bolą, nie dają spektakularnych objawów. Nie krzyczą. One szepczą – powoli, podstępnie, latami. A człowiek żyje dalej, nieświadomy, że w jego żyłach odkłada się coś, co może w jednej sekundzie zmienić wszystko. Bo wystarczy moment. Wystarczy, że jedna żyła „zatka się” choć na chwilę. Wystarczy ułamek sekundy… i może dojść do udaru albo zawału. Tak nagle. Tak niesprawiedliwie. Tak bez ostrzeżenia...

To, że inni też mają problemy, nie zabiera moich

Są zdania, które ludzie wypowiadają chyba z dobrych intencji. Takie, które mają „postawić na nogi”, „dodać perspektywy”, „pomóc spojrzeć inaczej”. A we mnie wywołują tylko złość, bezsilność i poczucie bycia kompletnie niezrozumianą. „Nie przejmuj się, inni też mają problemy.” „Widzisz, inni też chorują, nie tylko ty.” Nienawidzę tych słów. Naprawdę. Bo czy ktoś myśli, że kiedy to usłyszę, mój ból magicznie zniknie? Że nagle wstanę, odzyskam siły, samodzielność i wszystko wróci na swoje miejsce? Czy informacja, że ktoś inny też cierpi, sprawi, że moje dolegliwości przestaną istnieć? Nie. Nie sprawi. Moje problemy nie znikają dlatego, że ktoś gdzieś ma podobne albo nawet większe. Mój ból nie robi się mniejszy tylko dlatego, że świat jest pełen cierpienia. To nie jest konkurs. To nie jest licytacja na to, komu jest gorzej. Ktoś, kto jest zdrowy, samodzielny, może w każdej chwili wyjść z domu, wsiąść w samochód, pojechać gdzie chce – nigdy nie zrozumie kogoś, kto jest uwięziony we własnym ...

Ciągle proszę o pomoc

Najbardziej boli nie to, że jestem chora. Najbardziej boli to, że przestałam być samodzielna. Kiedyś po prostu brałam klucze, zamykałam drzwi i wychodziłam. Bez proszenia. Bez czekania na kogoś. Bez wątpliwości, czy dzisiaj „komuś będzie się chciało”. A teraz… Zanim zrobię krok – muszę kogoś poprosić. Zanim gdzieś pojadę – muszę liczyć na czyjąś wolną chwilę. Zanim założę buty – czasem muszę poprosić, żeby ktoś mi je zawiązał. I za każdym razem, gdy wypowiadam: „Czy mógłbyś…?”, „Czy mogłabyś…?”, „Czy dasz radę mnie podwieźć…?” – coś we mnie cichnie. Jakby kawałek mojej niezależności odpadał po trochu. Czasem mam wrażenie, że ludzie wokół próbują być wyrozumiali, ale ich twarze mówią więcej niż słowa. Te ciche westchnienia. Te spojrzenia, które mówią: „Znowu?”. Ten moment zwłoki, kiedy zastanawiają się, czy to dla nich nie kłopot. I ten okalający mnie wstyd – za to, że potrzebuję pomocy… nawet wtedy, gdy naprawdę nie mam wyboru. Nie chodzi o to, że nie jestem wdzięczna. Jestem. Bardzo. ...

Lekarze, recepty i ja

Moje życie coraz częściej mierzy się nie miesiącami, nie porami roku, ale terminami badań i wizyt lekarskich. Kiedyś planowałam urlopy, spotkania, wyjazdy. Dziś planuję recepty, skierowania, kolejne konsultacje. Zamiast kalendarza pełnego przyjemnych chwil, mam kalendarz, w którym królują nazwiska lekarzy, godziny badań i przypomnienia o lekach. To codzienność, którą trudno zrozumieć komuś, kto tego nie przeżywa. Nie ma tygodnia, żebym nie musiała gdzieś jechać – albo na badania, albo na wizytę, albo po kolejną receptę. A jeśli akurat nie ma mnie kto zawieźć, wtedy trzeba zmieniać terminy, przesuwać, dopasowywać wszystko do możliwości innych. I tak życie toczy się wokół czegoś, co wcale nie daje radości, a jednak jest niezbędne, by jakoś funkcjonować. Czasami mam wrażenie, że to takie „drugie etaty” – bycie pacjentem i bycie organizatorem własnego leczenia. Ciągłe telefony, zapisy, odwoływania, przypomnienia. A w tle moje własne ciało, które domaga się uwagi i nigdy nie pozwala zapomni...

Między planami a rzeczywistością – uczę się odpuszczać bez poczucia porażki

Czasem mam wrażenie, że moje życie to wieczny dialog między tym, co chciałabym zrobić, a tym, na co naprawdę mam siłę. W głowie wszystko wygląda prosto: lista zadań, plany na dzień, te małe ambitne cele, które mają dać poczucie, że idę do przodu, że coś buduję, że nie stoję w miejscu. Ale potem przychodzi rzeczywistość. Rzeczywistość, która potrafi jednym bólem, jednym osłabieniem, jednym gorszym porankiem zburzyć cały harmonogram. I zostawić mnie w poczuciu, że znowu „nie dałam rady”. Przez długi czas karałam się za to, że nie funkcjonuję tak, jakbym chciała. Że kiedy resztką sił sprzątam, ćwiczę, robię zakupy, nadrabiam zaległości lub robię coś z rodziną – to wieczorem moje ciało wystawia mi rachunek. A następnego dnia cierpię bardziej niż wcześniej. Jakby każdy nadmiar energii był pożyczką z wysokim oprocentowaniem. Tyle że to ja sama muszę później to spłacić bólem, drętwieniem, zmęczeniem, które rozlewa się po całym ciele. I kiedy leżę potem, zupełnie bez mocy, myślę sobie: „Przeci...

Mikołaj widział wszystko

Są takie dni w roku, które mają w sobie coś więcej niż tylko tradycję. Takie chwile, które otwierają serce, przypominają o tym, co ważne, i pozwalają na moment zatrzymać się w biegu. Dziś są Mikołajki – dzień, który wciąż ma w sobie dziecięcą magię, nawet wtedy, gdy dziecko w domu jest już nastolatkiem. Mój syn nadal czeka na Mikołaja. Może inaczej niż kiedyś, może bardziej w myślach niż pod poduszką – ale czeka. I ma do tego pełne prawo. Bo w tym roku zasłużył na wszystko, o czym tylko zamarzy. I jeszcze trochę więcej. To był trudny rok. Dla mnie. Dla niego. Dla naszej całej rodziny. Rok, który potrafił przygnieść dorosłego człowieka, a co dopiero nastolatka. A jednak on… dorósł. Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc. Nie dlatego, że przyszła na to pora, ale dlatego, że życie postawiło go w sytuacji, w której musiał. Gdy ja tygodniami leżałam w szpitalach, on przejmował obowiązki, które nigdy nie powinny być jego. Gdy wracałam do domu osłabiona, to on robił wszystko, żeby odciążyć mn...

Niewidzialne nie znaczy mniej prawdziwe

Wczoraj był Międzynarodowy Dzień Osób z Niepełnosprawnościami. Dla wielu – zwykła data w kalendarzu. Dla innych – ciche przypomnienie o tym, że każdego dnia walczą o rzeczy, które większość ludzi dostaje od życia „w pakiecie”. Nie każda niepełnosprawność ma postać wózka, kul czy widocznego ograniczenia. Czasem największa walka toczy się tam, gdzie nikt nie zagląda – pod skórą, w stawach, w nerwach, w zmęczonym ciele, które rano trzeba najpierw „uruchomić”, zanim ruszy w świat. Wiele osób żyje z bólem, którego nie widać. Ze stanem zapalnym, który nie daje im chwili przerwy. Z ograniczoną sprawnością, która raz jest łagodna, a innym razem potrafi odebrać zwykłe, codzienne czynności. Ze zmęczeniem tak głębokim, że aż trudnym do wytłumaczenia. A mimo to ludzie się uśmiechają. Wychodzą z domu. Biorą tabletki przeciwbólowe, żeby nikt nie zobaczył, jak naprawdę wygląda ich codzienność. Stają się mistrzami udawania, że „wszystko jest dobrze”. Ale prawda jest inna. Są choroby, które nie krzyczą...

Za młoda na chorobę

Podobno jestem za młoda. Za młoda na chorobę, za młoda na ból, za młoda na ograniczenia, za młoda na refundację, za młoda na zrozumienie. System lubi patrzeć na metrykę, nie na wyniki. Na datę urodzenia, a nie na to, co naprawdę dzieje się z człowiekiem. Bo przecież w papierach wszystko wygląda dobrze — trzydzieści kilka lat, więc jak to możliwe, że organizm zachowuje się, jakby miał dwa lub trzy razy tyle? Czasem chciałabym zapytać tych wszystkich zdziwionych lekarzy: czy choroba naprawdę potrzebuje dowodu osobistego, żeby się „kwalifikować”? Bo kiedy słyszę: „skąd u pani takie rzeczy, przecież jest pani jeszcze taka młoda”, to już nawet nie wiem, co odpowiedzieć. Bo ja też bym chciała wiedzieć skąd. Skąd to się wzięło, dlaczego, po co, czemu akurat ja. Nie zamawiałam sobie tego. Nie prosiłam o choroby, które zabierają codzienność kawałek po kawałku. Nie wybierałam życia, w którym większość energii idzie na przetrwanie dnia. A mimo to — ciągle muszę coś udowadniać. Że naprawdę boli. Ż...

Ziemia pod stopami

Są dni, kiedy wszystko zdaje się chwiać. Kiedy niebo jest zbyt nisko, a powietrze za ciężkie, by złapać oddech. Wtedy właśnie najbardziej czuję, jak bardzo potrzebuję ziemi pod stopami — tej pewności, że choć wiele się sypie, ja wciąż mam gdzie stanąć. Dają mi to moi najbliżsi. Ich obecność, czasem cicha, czasem stanowcza, to jak kotwica, która nie pozwala odpłynąć za daleko w swoje lęki i ciemne myśli. To w ich słowach, spojrzeniach, a czasem w samej świadomości, że są — odnajduję spokój. Nie potrzebuję wielkich słów. Wystarczy czyjaś dłoń, krótkie "jestem”, "ze wszystkim sobie poradzimy". To właśnie wtedy czuję, że mam ziemię pod stopami — że mimo burzy, mimo bólu i tego wszystkiego, czego nie umiem już pojąć, świat wciąż ma sens. I choć czasem się chwieje, choć czasem znów zapadam się pod ciężarem dnia — wiem, że dopóki mam ich, nie upadnę całkiem. Bo prawdziwe bezpieczeństwo nie zawsze jest miejscem. Czasem jest człowiekiem.

Kiedy ciało mówi szeptem

O udarach mówi się zwykle w kontekście starszego wieku. Tak jakby młodzi byli nietykalni, jakby mieli jakąś niewidzialną tarczę, która chroni ich przed tym, co poważne, trudne i zagrażające życiu. A prawda jest taka, że choroba nie patrzy na metrykę. Nie wybiera według PESEL-u. Nie uprzedza. Po prostu przychodzi — czasem głośno, a czasem… szeptem. I właśnie ten szept jest najgroźniejszy. Cichy udar. Niby nic wielkiego, niby „zmęczenie”, „gorszy dzień”, „dziwne uczucie w głowie, ból”, „chwilowe zaburzenie wzroku”. Czasem to tylko kilka sekund, jakieś mignięcie, coś, co łatwo zbagatelizować. Co łatwo zrzucić na stres, niewyspanie, presję życia. Czasem ból głowy może być dłuższy ale to przecież tylko sam ból. Czasem lekarz podchodzi bagatelizująco bo przecież „to nie ten wiek”, „to tylko ból głowy”, „może to od kręgosłupa”. A jednak… ten szept może być pierwszym ostrzeżeniem. Cichym, ale niezwykle poważnym. Bo jeśli się go nie usłyszy — może zmienić się w krzyk. W pełnoobjawowy udar, po k...

Kopniak od życia

Czasem życie podchodzi po cichu, bez zapowiedzi, i daje taki kopniak, że człowiek przez chwilę nie wie nawet, jak się nazywa. I choć to brutalne, to bywa… potrzebne. Bo nic tak nie otrzeźwia jak moment, w którym zdrowie pokazuje, że to ono decyduje — nie plany, nie ambicje, nie lista obowiązków. Zdrowie. To, o którym zawsze myślimy, że „jakoś będzie”. Do czasu, aż przychodzi dzień, w którym ta myśl przestaje wystarczać. Dostałam kolejny znak. Nie pierwszy, ale chyba najsilniejszy. Taki, który nie dotyczył już tylko bólu, sprawności, radzenia sobie lub nie… Tylko życia. Tego najcenniejszego z cennych. I nagle wszystko robi się inne: każdy oddech staje się trochę bardziej świadomy, każdy drobiazg zaczyna mieć znaczenie, a każde „nic mi nie jest” przestaje być wymówką. Tym razem naprawdę się przestraszyłam o swoje życie. Tak, jak chyba jeszcze nigdy wcześniej. Bo dotarło do mnie, że nikt z nas nie jest nieśmiertelny. Że naprawdę nie znamy ani dnia, ani godziny, ani tego, co wydarzy się za...

Paradoks wdzięczności

Życie jest tak przewrotne, że czasem sama siebie nie poznaję. Kiedyś omijałam lekarzy szerokim łukiem. Do rodzinnego chodziłam tylko wtedy, kiedy naprawdę już nie miałam wyjścia, a i tak wychodziłam z przychodni z przekonaniem, że poradzę sobie sama, że „przejdzie”, że szkoda czasu. A dziś? Dziś łapię się na tym, że… cieszę się z pobytu w szpitalu. Brzmi absurdalnie, prawda? Ale kiedy człowiek tyle miesięcy żyje w bólu, w niepewności, w ciągłych wizytach, wynikach, skierowaniach i kolejnych diagnozach — to szpital przestaje być strasznym miejscem. Staje się nadzieją. Bo może właśnie tam ktoś w końcu pomoże. Może ktoś wreszcie połączy kropki, zobaczy to, czego inni nie widzieli. Może to właśnie tam zacznie się leczenie, a nie tylko gaszenie objawów. To dziwne uczucie — być wdzięczną za coś, czego zawsze się bałam. Leżeć na szpitalnym łóżku i myśleć sobie: „Dobrze, że tu jestem. Naprawdę dobrze.” Bo gdy choroba zaczyna przejmować kontrolę nad życiem, szpital nagle nie jest już miejscem s...

Samotność, która porządkuje świat

Czasem potrzebuję po prostu wyjść. Zniknąć na chwilę z domu, z tego dobrze znanego otoczenia, które niby daje bezpieczeństwo, ale jednocześnie przyciąga wszystkie lęki, wspomnienia i niewypowiedziane myśli. Bo w domu wszystko jest „moje” – także te ciężkie emocje. Każdy kąt pamięta inne momenty, inne plany, inne wersje mnie. I czasem trudno jest myśleć trzeźwo w miejscu, które codziennie przypomina o tym, co było kiedyś i co utraciłam po drodze. Dlatego dobrze jest czasem uciec. Usiąść gdzieś poza wszystkim. W miejscu neutralnym – nie moim, nie obciążonym przeszłością. W ciszy, która nie przytłacza, tylko daje przestrzeń. Tam myśli są inne. Tam serce inaczej bije. Tam łatwiej dopuścić do siebie to, od czego w domu uciekam. I można w końcu przetrawić te wszystkie „dlaczego?”, „po co?” i „czemu tak?”. Można spojrzeć na życie z boku, bez emocjonalnego hałasu. Zrozumieć, że to, co kiedyś było, już nie wróci — i choć to trudne, trzeba się nauczyć żyć tu i teraz, a nie w wersji sprzed kilku ...

Jak to wszystko możliwe?

Czasem siedzę i patrzę w jeden punkt, próbując zrozumieć, jak to się stało, że moje życie tak bardzo skręciło z drogi, którą znałam. Jak to możliwe, że w takim wieku mam tyle chorób, że sama już gubię się w nazwach? Jak to się dzieje, że lekarze coraz częściej mówią: „to nietypowe jak na pani wiek”, a ja coraz częściej nie wiem, co im na to odpowiedzieć. Bo przecież ja sama nie wiem. Nie wiem skąd to, dlaczego, po co. Nie zamawiałam sobie tego życia z milionem wizyt, leków i badań. I wiesz co? Czasem już nawet nie płaczę. Czasem zamiast tego chce mi się śmiać — takim śmiechem z bezradności, z niedowierzania, z poczucia, że to wszystko brzmi jak scenariusz kiepskiego filmu, który ktoś mi wrzucił bez pytania. Bo tak to właśnie wygląda: kolejna diagnoza, kolejny lek, kolejne kontrole, kolejne specjalizacje na długiej liście. Jakby świat mówił: „poczekaj, to jeszcze nie wszystko, mam dla ciebie coś nowego”. A ja po prostu czasami czekam aż ktoś w końcu krzyknie: „Koniec! Ujęcie skończone!”...

„Kiedy choruje ciało – dostaje troskę.Kiedy choruje głowa – słyszy, że przesadza.”

Ostatnio natknęłam się na obrazek, który uderzył mnie prosto w serce. Narysowane płuca mówią: „Kiedy jesteśmy chore, dostajemy leki i opiekę”. A obok stoi malutki, zmęczony mózg: „Kiedy ja jestem chory, mówią mi, żebym nie przesadzał”. Niby prosty rysunek, a jednak wywołał we mnie lawinę wspomnień. Bo to jest trochę o mnie. O moich cichych wojnach, o których często nikt nie wiedział. O tym, że kiedy ciało krzyczało bólem – świat reagował. Lekarze, badania, recepty, zalecenia. Kiedy kręgosłup siadał, kiedy coś w środku paliło, ciągnęło, drętwiało – słyszałam: „musisz na siebie uważać”, „połóż się”, „odpocznij”. A kiedy chorowała głowa, kiedy przychodziły te najciemniejsze dni… wtedy najczęściej było cicho. Albo – co gorsza – słyszałam, że „może dramatyzuję”, „za dużo myślę”, „trzeba się wziąć w garść”. I tak jak na tym obrazku – ciało dostawało opiekę, a psychika dostawała… pouczenia. Pamiętam takie momenty, kiedy najbardziej potrzebowałam wsparcia, ale bałam się o tym powiedzieć. Wydaw...

Znowu walizka do szpitala

Znowu czeka mnie szpital. Odliczam dni, choć wcale nie chcę. Z jednej strony chciałabym, żeby to się już skończyło, a z drugiej — tak bardzo się boję. Boję się tego wszystkiego, co znane aż za dobrze: zimnych korytarzy, zapachu środków dezynfekcyjnych, monotonii dni, które zlewają się w jedno. Kiedy pomyślę, że w ciągu roku to będzie już piąty pobyt w szpitalu, sama nie wierzę, że to aż tyle. Kiedyś to były tylko wizyty kontrolne, drobne badania, szybkie wyjścia. Teraz szpital stał się częścią mojego życia — taką, której nie da się ominąć. Nie mam wyjścia. Muszę to przetrwać. Muszę wierzyć, że tym razem wszystko pójdzie dobrze, że to kolejny krok w stronę poprawy, choć droga wciąż wydaje się bardzo długa. Najtrudniejsze jest to oczekiwanie — między tym, co było, a tym, co dopiero nadejdzie. Ale wiem, że nie mogę się poddać. Może jeszcze nie teraz, może nie jutro, ale przyjdzie taki dzień, w którym nie będę musiała już pakować walizki do szpitala. A dziś pozostaje mi tylko jedno — spokó...

Kiedy chciałabym zniknąć

Są dni, kiedy ciało wydaje się największym więzieniem. Kiedy każdy ruch boli, a każdy oddech przypomina, że coś w środku wciąż nie działa tak, jak powinno. To wtedy przychodzi ta myśl — że chciałabym po prostu zniknąć. Na chwilę, na godzinę, na jeden bezbolesny dzień. Nie chodzi o ucieczkę od życia. Chodzi o ucieczkę od bólu. Od tej bezradności, kiedy wszystko jest za trudne — siedzenie, wstawanie, spanie, nawet oddychanie. Kiedy czuję się uwięziona w ciele, które przestało być domem, a stało się ciężarem. Są takie momenty, że chciałabym wyskoczyć z własnej skóry, zostawić to wszystko na chwilę za sobą. Zamknąć oczy i poczuć, jak to jest — nie czuć. Nie analizować, nie walczyć, nie liczyć godzin do kolejnej tabletki. Po prostu... być. Ale wtedy przypominam sobie, że mimo wszystko wciąż jestem tu. Że nawet w tym bólu wciąż jest kawałek mnie, która się nie poddaje. Która choć czasem chciałaby zniknąć, rano znów otwiera oczy i próbuje jeszcze raz. Bo może właśnie to jest odwaga — nie w ty...

Codzienność w trybie slow motion

Moje życie to trochę jak film w zwolnionym tempie. Inni biegną, ja… próbuję wstać z kanapy. Inni śmieją się spontanicznie, ja… sprawdzam, czy mam siłę uśmiechnąć się bez bólu. Inni planują wyjazdy, ja… planuję wyjście z mieszkania w granicach możliwości, z awaryjnym planem powrotu na kanapę. W tym zwolnionym tempie nawet proste czynności stają się przygodą. Przygotowanie herbaty? Misja niemożliwa, jeśli ręce odmawiają współpracy. Spacer do skrzynki pocztowej? Ekstremalny sport. Ale właśnie w tym tempie zauważam szczegóły, których inni nie dostrzegają: ciepło słońca na twarzy, śmiech dzieci na dworze, zapach świeżo parzonej kawy. I wiesz co? W tym zwolnionym tempie też jest coś komicznego. Bo jeśli już muszę żyć z ograniczeniami, to przynajmniej mogę zrobić z tego komedię. Obserwuję siebie, kręcąc głową, i myślę: „No dobrze… każdy dzień to Twój osobisty film, w którym główny bohater czasem dramatyzuje, czasem przewraca oczami, a czasem zasypia na kanapie w środku dnia.”  Bo w końcu,...

Jeszcze jedno badanie…

Zawsze jest jeszcze jedno. Jeszcze jedno badanie, jeszcze jedno skierowanie, jeszcze jedna konsultacja, jeszcze jedno „sprawdźmy to, żeby mieć pewność”. I człowiek już sam nie wie, czego ma się spodziewać. Z jednej strony — nadzieja, że może wreszcie coś się wyjaśni, że może tym razem będzie dobrze. A z drugiej — strach, że znowu coś wyjdzie nie tak. Bo przecież zawsze coś wychodzi. Z każdym kolejnym wynikiem rośnie niepewność. Bo gdy już wydaje się, że wszystko powoli zaczyna się układać, nagle pojawia się coś nowego. Kolejna nieprawidłowość, kolejne „to trzeba skontrolować”, kolejne „proszę jeszcze raz przyjść”. I znów człowiek wpada w ten sam wir — rejestracje, terminy, czekanie, wyniki, stres. Z czasem przestajesz się już cieszyć, że coś jest „prawie dobrze”. Z czasem przestajesz wierzyć, że to się kiedykolwiek skończy. Bo ciągle słyszysz tylko: jeszcze jedno badanie. I nagle orientujesz się, że całe życie kręci się wokół szpitali, przychodni, rejestracji. Że dni dzielą się nie na ...

Ten jeden kadr

Jest taki moment, który wraca. Nie wiem, czemu właśnie on, skoro w życiu było tyle innych — dobrych, złych, zwyczajnych. Ale to właśnie ten jeden kadr nie chce mnie opuścić. Czasem, tuż przed snem, widzę wszystko tak wyraźnie, jakby to działo się znów. Szpitalne światło, chłód powietrza, głosy w tle. I to uczucie... to przerażenie, kiedy po operacji otworzyłam oczy i zrozumiałam, że nie czuję jednej nogi. Że nie ruszam nią. Że jakby jej po prostu nie było. Tamten moment to była czysta panika. Płacz, którego nie da się powstrzymać, strach, który rozrywa od środka. Tyle miesięcy minęło, a ja wciąż to czuję. Jakby tamta ja – leżąca, bezsilna, zagubiona – dalej gdzieś we mnie żyła. Czasem udaje mi się o tym nie myśleć. Pomagają tabletki, pomagają rozmowy, czasem zwykłe zmęczenie dnia. Ale są noce, gdy budzę się nad ranem, a ten obraz znów jest przede mną. Jak film, którego nie mogę przewinąć, nie mogę wyłączyć, nie mogę zapomnieć. Może kiedyś się uda. Może przyjdzie taki dzień, że ten kadr...

Moje życie w kadrach

Czasem mam wrażenie, że moje życie to zbiór kadrów – jakby ktoś przeglądał album, w którym każdy obraz zatrzymał chwilę, emocję, zapach, spojrzenie. Niektóre z tych kadrów są ciepłe i miękkie, jak poranne światło wpadające przez okno. Inne ciemne, rozmazane, z łzami zamiast ostrości. Są zdjęcia z czasów, gdy jeszcze nie wiedziałam, czym jest ból. Gdy śmiałam się bez lęku, że zaraz coś się skończy. Są też te, których wolałabym nie oglądać – chwile z bólem, strachem, bezradnością. Ale nawet one są częścią mojej historii. Każdy kadr coś we mnie zostawił. Każdy czegoś nauczył. Patrzę czasem wstecz i widzę, że między tymi wszystkimi zdjęciami jest coś więcej – niewidzialna nić, która łączy wszystko w jedną opowieść. O przetrwaniu. O sile, której się nie planuje. O życiu, które potrafi być piękne nawet wtedy, gdy boli. I może właśnie o to chodzi – żeby nie bać się patrzeć na swoje kadry. Nawet te trudne. Bo to one przypominają, że wciąż tu jestem. Że mimo wszystko – trwam.

Złota jesień

Przyszła jesień. Na dworze zrobiło się pięknie, kolorowo, złociście. Te dni, kiedy słońce jeszcze grzeje, a powietrze pachnie lasem i mokrymi liśćmi — to chyba najpiękniejszy moment tej pory roku. Zawsze uwielbiałam jeździć na grzyby. Mogłam godzinami chodzić po lesie z koszykiem, wsłuchując się w ciszę i ten charakterystyczny szelest pod nogami. Znałam swoje miejsca, swoje ścieżki, swoje „pewniaki”. I ten moment, kiedy wśród mchów widać brązowy kapelusz — mały, niepozorny, ale taki cieszący. W tym roku nie mogłam pojechać. Nie dałabym rady schylać się, chodzić po lesie, dźwigać koszyka. I choć wiem, że to tylko jeden sezon, jedna jesień z wielu, to i tak zabolało. Bo czasem tęskni się nie tylko za miejscem, ale za samym sobą — tym dawnym, sprawnym, beztroskim. Ale może na przyszły rok się uda. Może znów stanę wśród drzew z koszykiem i poczuję ten zapach, który kojarzy mi się z domem i spokojem. A teraz zostaje mi patrzeć, jak liście spadają z drzew i układają się w kolorowy dywan. Cie...

Zamykam oczy, żeby choć na chwilę nie czuć

Każdego wieczoru przychodzi ten moment, kiedy ciało jest zmęczone, ale głowa wciąż nie potrafi się zatrzymać. Myśli kotłują się, pytania bez odpowiedzi krążą w kółko. Wszystko, co chciałabym na chwilę uciszyć, wtedy właśnie staje się głośniejsze. Zasypiam tylko dzięki tabletkom. Bez nich nie zmrużyłabym oka. Bo jak zasnąć, kiedy w środku tyle niepokoju, tylu wspomnień, tylu słów, które chciało się wypowiedzieć, ale zabrakło sił? Te małe tabletki to nie wybór, tylko konieczność – jedyna droga do chwili ciszy, do kilku godzin, w których mogę nie czuć. Kiedy zamykam oczy, nie szukam już snów. Szukam spokoju. Takiego prostego, cichego spokoju, który nie pyta, nie przypomina, nie boli. Choćby na chwilę. Choćby na oddech. Bo czasem właśnie ta chwila ciszy jest wszystkim, co mam.

Wszystko dzieje się po coś

Cały wieczór o tym myślałam. O tym, że może to wszystko, co się dzieje, wcale nie dzieje się bez przyczyny. Że może ten chaos, przez który czasem przechodzimy, ma swój ukryty sens. Może każda sytuacja, nawet ta najtrudniejsza, jest po coś. I te dobre chwile, i te złe. Może wszystko naprawdę ma swój cel, tylko nie zawsze potrafimy go od razu dostrzec. Może to wszystko miało tak być. Może nie bez powodu tyle razy coś stawało mi na drodze, kiedy próbowałam awansować. A kiedy w końcu się udało – los i tak poprowadził mnie w zupełnie inną stronę. Może właśnie tak miało być. Może to wszystko miało ułożyć nasze życie po swojemu, żeby mąż zmienił pracę i wreszcie był w domu. Może po to, żebyśmy z synem mogli spędzać razem więcej czasu, mimo że dorasta, mimo że powoli idzie swoją drogą. Może to wszystko miało nas nauczyć, jak kruche jest zdrowie. Jak łatwo można stracić to, co kiedyś wydawało się oczywiste. Może miało mi pokazać, że praca i pieniądze nie są wszystkim. Że czasem trzeba się zatrz...

Ta książka może pomóc Ci przetrwać

Czasem nie trzeba znać kogoś osobiście, żeby poczuć, że rozumie. Czasem wystarczy kilka zdań, które brzmią tak, jakby ktoś napisał je prosto z Twojego serca. Moja książka powstała właśnie z takiej potrzeby – żeby dać głos wszystkim, którzy zmagają się z przewlekłą chorobą, z bólem, z codziennym zmęczeniem, które widzą tylko oni sami. Dla tych, którzy próbują się uśmiechać, choć w środku wszystko krzyczy. To nie jest poradnik medyczny. To opowieść o tym, jak przetrwać dni, kiedy nic nie ma sensu. O sile, która przychodzi wtedy, gdy wydaje się, że już jej nie ma. O małych gestach, o wsparciu, o cichych zwycięstwach, które potrafią znaczyć więcej niż wielkie sukcesy. Jeśli kiedykolwiek czułaś, że nikt Cię nie rozumie… Jeśli masz wrażenie, że Twoje życie zatrzymało się między bólem a nadzieją… Ta książka jest dla Ciebie. Nie obiecam, że po jej przeczytaniu wszystko nagle się zmieni. Ale może znajdziesz w niej choć jedno zdanie, które pomoże Ci przetrwać. A czasem to jedno zdanie wystarczy,...

W zawieszeniu między jednym wynikiem a drugim

Istnieje taki stan, w którym się nie żyje – tylko trwa. Nie naprzód, nie wstecz. Po prostu… w zawieszeniu. Między jednym wynikiem a drugim. Między „proszę zaczekać” a „zadzwonimy”. Między drżeniem serca a próbą wmówienia sobie, że wszystko będzie dobrze. To życie w trybie „czekania”. Na poprawę, która się spóźnia. Na lekarza, który być może w końcu coś powie. Na datę wizyty, której termin wydaje się nawet nie na jutro – tylko na inną planetę. Każdy dzień zaczyna się od pytania: czy dziś dowiem się czegoś więcej? A kończy zdaniem: może jutro… Czas w zawieszeniu jest dziwnie gęsty – z jednej strony ciągnie się jak wieczność, a z drugiej umyka tak szybko, że nie wiadomo, gdzie się podział kolejny miesiąc. I nagle orientujesz się, że kolejka do badań trwa dłużej niż Twoja cierpliwość, a czekanie stało się drugim imieniem Twojego życia. Życie w oczekiwaniu to nie cisza – to ogromny wewnętrzny hałas. Myśli, które nie chcą milknąć. Serca, które bije szybciej przy każdym nieznanym numerze. Ocz...

Dlaczego ja

Minęło już tyle czasu. Tyle dni, miesięcy, chwil, które miały coś zmienić – a ja wciąż nie potrafię się z tym pogodzić. Z tą chorobą. Z tym, że stała się częścią mnie, choć nigdy jej nie chciałam. Czasami po prostu ją toleruję – udaję, że da się z nią żyć, że to tylko kolejny etap, że przyzwyczajenie przychodzi z czasem. A czasem próbuję udawać, że jej nie ma. Że jestem taka jak dawniej, choć głęboko w środku wiem, że już nigdy nie będę. Ale najczęściej… myślę tylko o niej. O tym, jak bardzo zmieniła wszystko. Jak odebrała mi beztroskę, spontaniczność, radość z najprostszych rzeczy. Jak zamknęła mnie w ciele, które nie nadąża za moimi pragnieniami. I wciąż zadaję sobie te same pytania: Dlaczego ja? Od czego to się zaczęło? Czemu właśnie mnie? Nie znajduję odpowiedzi. I może nigdy ich nie znajdę. Niektórzy mówią, że z czasem człowiek się przyzwyczaja. Ale ja nie potrafię. Nie umiem pokochać czegoś, co każdego dnia odbiera mi kawałek mnie samej. Więc po prostu żyję – między zgodą a bunte...

Nieidealna codzienność

Kiedyś chciałam, żeby wszystko było idealne. Żeby mieszkanie błyszczało, podłogi pachniały, a okna lśniły w słońcu. Żeby każdy dzień miał plan, sens i porządek. Ale życie szybko nauczyło mnie, że idealnie jest tylko w reklamach. Dziś coraz częściej pozwalam sobie na nieidealność. Na bałagan w kuchni po dniu, kiedy brakło sił. Na okna, przez które słońce wciąż wpada, nawet jeśli nie są perfekcyjnie czyste. Na dzień, kiedy zamiast sprzątać – po prostu odpoczywam. Bo czasem to właśnie ten bałagan jest dowodem, że żyję. Że toczy się życie – prawdziwe, niepodrasowane, z bólem, zmęczeniem i małymi radościami pomiędzy. Nie zawsze się uśmiecham, nie zawsze daję radę. Ale nawet wtedy, gdy wszystko wokół wygląda jak chaos, staram się widzieć w tym kawałek siebie. Nieidealna codzienność też ma w sobie piękno. Czasem wystarczy tylko przestać z nią walczyć.

Coraz więcej świateł pamięci

Z roku na rok coraz więcej grobów do odwiedzenia. Coraz więcej imion, które kiedyś znaczyły codzienność, a dziś mieszczą się w jednym słowie — pamięć. W tych dniach czuje się szczególnie, jak kruche jest życie. Jak cienka jest granica między „być” a „było”. I jak często zapominamy, że człowiek nie zna dnia ani godziny. A przecież każdy z nas ma tylko chwilę — chwilę, żeby powiedzieć „kocham”, „przepraszam”, „dziękuję”. Kiedy patrzę na morze świateł na cmentarzu, widzę nie tylko żal, ale też wdzięczność. Bo każde z tych świateł to dowód, że ktoś był, że ktoś żył, że ktoś zostawił ślad. I my też zostawiamy swoje ślady — w ludziach, w gestach, w słowach. Oby były dobre.

Upokorzona przez własne ciało

Nie ma nic bardziej upokarzającego niż moment, w którym leżysz na podłodze i nie potrafisz wstać. Nie dlatego, że masz dziewięćdziesiąt lat. Nie dlatego, że jesteś po wypadku. Ale dlatego, że Twoje ciało po prostu znów odmówiło współpracy — jakby chciało przypomnieć Ci, że nie jesteś już panią swojego życia. Bycie dorosłym miało wyglądać inaczej. Miałam plan: radzić sobie sama, działać, pomagać innym, być tą, na którą można liczyć. A tymczasem ja coraz częściej muszę prosić o pomoc — nie wtedy, gdy idę na wielką wyprawę, ale kiedy chcę wyjąć coś z szafki. Czasem wystarczy jeden gwałtowny ból, który uderza jak cios, i ciało się zatrzymuje. Zostaję zgarbiona, zablokowana, w pół ruchu, jakby ktoś mnie zatrzymał przyciskiem „pauza”. A kiedy próbuję utrzymać coś w dłoni i nagle ręka po prostu puszcza… nie wypada tylko kubek. Wypada moja duma. Kolejna szklanka, kolejna miska, kolejne naczynie — jakby liczba stłuczonych przedmiotów była miarą, ile razy moje ciało zawiodło mnie w najmniej odpo...

Życie, które wciąż próbuję zrozumieć

Czasem siedzę w ciszy i próbuję poskładać wszystko w całość. To, co się wydarzyło. To, co boli. To, co wciąż się ciągnie za mną jak cień. I mimo że tyle już przeszłam, wciąż nie rozumiem. Nie rozumiem, dlaczego pewne rzeczy musiały się zdarzyć. Dlaczego tyle razy trzeba było zaczynać od nowa. Dlaczego jedni potrafią żyć lekko, a inni dźwigają codzienność jak kamień. Próbuję zrozumieć sens. Ale może właśnie w tym tkwi tajemnica – że nie wszystko ma go od razu. Że niektóre odpowiedzi przychodzą po latach, a niektóre wcale. I może to jest w porządku. Bo może życie nie zawsze trzeba rozumieć. Może czasem wystarczy po prostu być – w tym wszystkim, co trudne, co niejasne, co nie pasuje do żadnego planu. Oddychać, nawet jeśli każdy oddech kosztuje wysiłek. Wstawać, nawet jeśli nie wiadomo po co. Bo może właśnie to jest zrozumienie – ciche, spokojne przyjęcie tego, że wszystko ma swój czas. Nawet to, czego dziś nie umiem pojąć.

Poradnik dla odwiedzających – acha, zapomniałam, że przez mój stan u nas nie ma odwiedzających

Czasem myślę, że powinnam wydać poradnik dla osób, które chciałyby mnie odwiedzić. „Jak przetrwać wizytę w domu osoby, której życie toczy się w rytmie nie do przewidzenia”. Ale zaraz… ach, zapomniałam – przez mój stan u nas tak naprawdę nie ma odwiedzających. No ale załóżmy, że ktoś by przyszedł. Wtedy mój poradnik wyglądałby mniej więcej tak: 1. Przygotuj termos herbaty – najlepiej z kubkiem awaryjnym dla mnie, bo w środku dnia czasem zapominam, jak się trzyma filiżankę ale ręka słabnie i nie mogę utrzymać czajnika. 2. Sprawdź dostępność kanapy – nie wiedzieć czemu, to najważniejsze miejsce w domu. Tam odpoczywam, planuję, a czasem po prostu leżę w milczeniu, obserwując świat. 3. Nie oczekuj spontanicznej aktywności – jeśli mówisz „chodźmy na spacer”, to wiedz, że w rzeczywistości oznacza to, że ja zastanowię się, czy mogę wyjść na balkon. 4. Przygotuj się na powtarzane słowa – „Nie dam rady… ale spróbuję… o nie, kładę się”. Jeśli będziesz miał szczęście, może nawet to usłyszysz kilka...

Żeby się leczyć, trzeba mieć zdrowie

W Polsce chorowanie to sport ekstremalny. Przeżyją tylko ci, którzy mają siłę stać w kolejkach, odwagę pytać i cierpliwość czekać. Tu zdrowie nie jest tylko celem – jest warunkiem, by w ogóle rozpocząć walkę o leczenie. Bo najpierw musisz mieć zdrowie… żeby wytrzymać czekanie na wizytę. Zdrowie… żeby nie zwariować, gdy słyszysz „najbliższy termin za pół roku”. Zdrowie… żeby nie stracić nadziei, gdy po tej półrocznej kolejce lekarz rzuca: „To proszę zrobić jeszcze dwa badania – terminy? Również kilka miesięcy”. Zdrowie… żeby mieć siłę wstać następnego dnia i próbować dalej. W tym systemie choroba to dopiero początek. Prawdziwa walka zaczyna się wtedy, gdy próbujesz znaleźć kogoś, kto w ogóle dostrzeże, że cierpisz. Tutaj pacjent musi być wojownikiem: – z długopisem w ręku, wypełniający kolejne skierowania, – z telefonem przy uchu, który dzwoni do rejestracji po raz dziesiąty, – z notatnikiem w głowie, w którym układa plan, jak przeżyć do następnego badania, – z sercem bijącym szybciej n...

Moja siła nie bierze się z idealnych dni, tylko z tych, które jakoś przetrwałam

Nie wszystkie zwycięstwa wyglądają dumnie. Czasem to tylko ciche: jeszcze tu jestem. Kiedyś myślałam, że siła to coś wielkiego. Że trzeba wstać z podniesioną głową, iść pewnym krokiem i mieć w sobie niewyczerpane pokłady energii do walki. Że bycie silnym to znaczy nie pękać, nie płakać i zawsze mieć plan. Dziś już wiem, że największa siła potrafi ukryć się w zwykłym „jakoś przetrwałam ten dzień”. Moja siła nie urodziła się w chwilach, gdy wszystko szło dobrze. Nie narodziła się przy pięknym niebie, ciepłej kawie o poranku i głowie pełnej planów. Ona powstawała wtedy, gdy ledwo mogłam oddychać ciężarem własnych myśli. Gdy każdy krok wydawał się zbędny, a każda decyzja zbyt trudna. Gdy nie miałam już żadnego „chce mi się”, a jedyne, co mi zostało, to „muszę przetrwać kolejną godzinę”. To właśnie wtedy, nie wiedząc nawet o tym, uczyłam się siły. Nie w tych dniach, w których świeciło słońce, ale w tych, w których siedziałam w cieniu i nie wiedziałam, czy jeszcze kiedyś zobaczę światło. Nie...

Jedyna rozrywka w moim życiu – wyjazd do lekarza albo na zakupy (oczywiście nie sama)

Kiedyś rozrywką był wypad ze znajomymi, spontaniczna wycieczka z synem, kino, obiad w mieście czy nawet zwykłe wyjście „po nic, ale dla własnej przyjemności”. Teraz „wyjście z domu” oznacza dwa możliwe kierunki: lekarz albo zakupy. I to oczywiście – nie sama. Bo sama już nie mogę. Bo sama już nie pojadę samochodem. Bo sama autobusem mogę nie dać rady. To trochę absurdalne, że momentem „przewietrzenia głowy” staje się droga do przychodni. Że cieszę się, gdy muszę pojechać po zakupy, bo to oznacza… że wreszcie gdzieś pojadę. Że zobaczę świat zza szyby samochodu, który nie jest tylko widokiem z okna w domu. Śmieszne? Może. Smutne? Bardzo. Bo kiedy Twoje życie kurczy się do kilku ścian, nawet apteka staje się miejscem „wyjścia na miasto”. A zakupy? To już cała wyprawa. Nie turystyczna – strategiczna. Trzeba rozplanować, ile wytrzymam, czy nie zacznie boleć po trzech krokach między półkami, czy nie stanie się coś nagle – jak wtedy, gdy ręka puściła, a produkt z półki skończył na podłodze sz...

Tam, gdzie cisza krzyczy najgłośniej

Są takie noce, kiedy człowiek chciałby po prostu przestać czuć. Przestać myśleć. Uciec z miejsca, które boli, nawet jeśli tym miejscem jest własna głowa lub własne ciało. Najchętniej spakowałby wszystkie lęki i bóle w niewidzialną walizkę i odszedł – bez pożegnań, bez tłumaczeń. Bo jak wytłumaczyć światu, że czasem największym ciężarem są myśli, których nikt nie słyszy, a z którymi nie możemy sobie poradzić? W takich chwilach muzyka staje się szeptem duszy. I czasami wystarczy jeden tekst, jeden wers, by nazwać to, co ściska gardło jak niewidzialna dłoń. Tak jak w słowach Soni: „Noc bez łez, rąk co drżą, Jest mi lżej, chyba znam ten cios Już nie łudzę się, że to mogło trwać I nie boli mnie ta głucha cisza, Dziś nie boję się, znowu mogę spać, Ta samotność chyba jest mi bliższa. Chcę uciec stąd, wszystko wokół straciło sens, Widzę Twój smutny wzrok, on nie sprawi że cofnę się.” Ten fragment nie mówi o śmierci – ale o niej szepcze. O tym, jak łatwo uwierzyć, że „ucieczka stąd” byłaby najp...

„Dzień, w którym chciałabym po prostu móc wszystko”

Czasem marzę nie o podróży w egzotyczne miejsca, nie o wielkich sukcesach, nie o życiu pełnym blasku. Marzę o jednym, zwykłym dniu. Takim, w którym naprawdę mogłabym wszystko. Chciałabym obudzić się i nie sprawdzać, gdzie dziś boli. Nie kalkulować kroków, nie zastanawiać się, czy dam radę cokolwiek zrobić. Chciałabym wstać bez lęku, że ciało mnie zawiedzie. Bez zmęczenia, które dopada jeszcze przed pierwszą myślą. Marzę o dniu, w którym nie muszę wybierać między jednym zadaniem a drugim, bo „na oba nie starczy sił”. O dniu, w którym mogę iść, biec, działać – bez strachu, że zapłacę za to bólem, który wróci jak kara za odwagę. Chciałabym po prostu wziąć życie w ręce – całe. Bez pauz, bez przystanków, bez pytania siebie: „czy dam radę?”. Marzę o dniu pełnym śmiechu, bez przyklejonego do pleców zmęczenia. O rozmowie, w której myśli nie uciekają, bo ciało krzyczy. O spacerze, podczas którego liczy się tylko droga, nie to, ile kroków zostało do granicy wytrzymałości. Wyobrażam sobie siebie,...

Nie widać, więc nie istnieje?

Są choroby, które widać. Gips na nodze, blizny, bandaże – one budzą zrozumienie. Ludzie od razu mówią: „ojej, pewnie boli”, „dużo zdrowia”, „trzymaj się”. Ale są też takie choroby, które nie zostawiają widocznych śladów. Nie rzucają się w oczy. Nie mówią za nas. Nie tłumaczą, dlaczego czasem się potykamy, zatrzymujemy, milczymy, rezygnujemy. To właśnie te niewidoczne choroby najczęściej są kwestionowane. Bo jak to – wyglądasz normalnie, uśmiechasz się, więc pewnie przesadzasz, dramatyzujesz, albo „po prostu ci się nie chce”. Społeczeństwo lubi mieć dowody. A kiedy ich nie widzi, zaczyna wątpić. W ból. W zmęczenie. W ograniczenia. W to, że codziennie ktoś może walczyć z czymś, czego nie da się zobaczyć gołym okiem, ale co rozrywa go od środka. Ci, którzy żyją z chorobami przewlekłymi, neurologicznymi, psychicznymi czy bólowymi, często muszą nie tylko walczyć o zdrowie – muszą też bronić swojego prawa do słabości. Muszą tłumaczyć, dlaczego nie dali rady, dlaczego nie przyszli, dlaczego m...

Leczenie bez końca

Nie ma nic bardziej męczącego niż leczenie, które nie kończy się wyleczeniem, tylko kolejnym „proszę przyjmować przez następne dwa tygodnie i zobaczymy”. Zobaczymy… co? Czy objawy wrócą szybciej niż poprzednio? Czy organizm podda się bez walki, czy spróbuje jeszcze udawać, że daje radę? Bycie pacjentem w świecie leczenia objawów to jak życie na karuzeli, która nigdy się nie zatrzymuje. Dostajesz tabletkę, która uspokaja ból. Potem drugą, która ma złagodzić skutki tej pierwszej. I trzecią, „na wszelki wypadek”. W międzyczasie uczysz się słów, które kiedyś brzmiały obco: stan zapalny, dysfunkcja, przewlekłość, terapia objawowa. I nagle orientujesz się, że potrafisz dokładniej opisać swój ból niż specjalista, do którego stoisz w kolejce od trzech miesięcy. Lekarz pyta: „Gdzie boli?” A Ty masz ochotę odpowiedzieć: „Proszę usiąść, to zajmie chwilę”. Z czasem zaczynasz rozpoznawać sygnały swojego ciała wcześniej niż badania. Wiesz, kiedy będzie gorzej. Wiesz, że lek zadziała tylko na chwilę....

Jak pachnie spokój?

Czasem myślę, że spokój ma zapach. Nie taki oczywisty, nie z butelki perfum, ale z chwil. Z tych prostych, zwyczajnych momentów, które potrafią zatrzymać świat na sekundę. Spokój pachnie poranną kawą wypitą bez pośpiechu. Pachnie świeżym powietrzem po deszczu, kiedy wszystko wydaje się czystsze, jakby życie dostało jeszcze jedną szansę. Pachnie ciepłem psa śpiącego obok, jego równym oddechem, który mówi więcej niż wszystkie słowa. Dla mnie spokój to też zapach pościeli, w której ciało wreszcie się rozluźnia po dniu pełnym bólu. To ta chwila, kiedy nie muszę już udawać, że wszystko jest dobrze. Kiedy mogę po prostu być – z tym, co boli, z tym, co jeszcze nie uleczone, z tym, co we mnie drży. Kiedy choroba zabiera siły, spokój trzeba odnajdywać inaczej. Nie w planach, nie w ruchu, nie w idealnych dniach, tylko w oddechu. W małych rzeczach, które nie krzyczą, nie błyszczą, ale są prawdziwe. W kubku herbaty trzymanym w dłoniach. W ciszy, która nie straszy, tylko otula. W spojrzeniu, które ...

Pisanie zamiast pracy

Kiedy przestałam chodzić do pracy, pojawiła się pustka. Taka, której nic nie potrafiło od razu wypełnić. Praca była moją codziennością, obowiązkiem, ale też czymś, co nadawało rytm dniom. A kiedy nagle tego zabrakło, poczułam, jak bardzo można się zagubić. Pisanie bloga i książki stało się dla mnie czymś więcej niż zajęciem. To nie tylko słowa na ekranie – to sposób, by poukładać własne myśli, by wyrzucić z siebie ból, tęsknotę i nadzieję. To też namiastka obowiązku, która daje mi poczucie, że robię coś ważnego, choć inaczej niż dawniej. Lubię to robić. Lubię moment, kiedy zdanie samo układa się w głowie, kiedy mogę zamknąć emocje w słowach. Pisanie wypełnia pustkę i sprawia, że choć na chwilę czuję się potrzebna – sobie samej, a czasem też komuś innemu, kto przeczyta i odnajdzie w tym kawałek siebie. Ale wiem też, że to nie zastąpi prawdziwej pracy. To nie jest sposób na życie, raczej most, który pomaga mi przetrwać ten czas zawieszenia. W głębi serca wciąż mam nadzieję, że przyjdzie ...

Najtrudniejsze jest proszenie o pomoc

Mam już dość proszenia. O podwiezienie, bo sama nie mogę prowadzić samochodu. O podanie czegoś z półki, bo nie sięgam. O zawiązanie butów, bo dziś znów się nie da. To takie drobiazgi — codzienne, niby nic wielkiego — a potrafią złamać człowieka od środka. Zawsze byłam samodzielna. Zawsze radziłam sobie sama. Nie lubiłam prosić. Nie lubiłam być dla kogoś ciężarem. A teraz codzienność zmusza mnie do tego, by prosić. I choć wiem, że moi bliscy pomagają z serca, z miłości, to każda taka chwila coś we mnie zabiera. Trochę dumy. Trochę poczucia wartości. Trochę tej dawnej mnie. Bo ktoś, kto całe życie był niezależny, nie potrafi pogodzić się z tym, że nagle — z dnia na dzień — nie może zrobić tylu prostych rzeczy. Nie dlatego, że się nie chce. Nie dlatego, że się wygodnie żyje. Tylko dlatego, że ciało mówi „nie”, choć głowa wciąż krzyczy „tak, potrafię!”. Są dni, kiedy walczę z tym spokojnie. Ale są też takie, kiedy mam dość. Kiedy łzy napływają do oczu przy tak banalnej rzeczy jak sznurówki...

Różowy październik – o sile kobiet, które walczą

Różowy październik. Miesiąc, który wielu osobom kojarzy się z ciepłem, z jesienią, z kolorem delikatności. A jednak ten kolor – różowy – w październiku nabiera innego znaczenia. To kolor odwagi. Kolor kobiet, które każdego dnia walczą o swoje życie. To miesiąc przypomnienia, że profilaktyka naprawdę ma znaczenie. Ten temat jest mi wyjątkowo bliski. Ktoś z mojej najbliższej rodziny przeszedł raka piersi – widziałam z bliska, jak wygląda ta walka. Jak wiele w niej bólu, strachu, ale też niewyobrażalnej siły. I choć sama usłyszałam diagnozę „guz, ale niezłośliwy”, wiem, jak bardzo takie słowa potrafią zamrozić. Niby wszystko dobrze, niby można odetchnąć… a jednak gdzieś w środku zostaje ten niepokój, który przypomina: sprawdzaj, badaj się, nie odkładaj. Powinnam chodzić na kontrolę co pół roku. A ostatni raz byłam półtora roku temu. Życie, inne choroby, badania, kolejki, ciągłe „później, bo teraz są ważniejsze rzeczy”… Ale czy może być coś ważniejszego od zdrowia? Zadaję sobie to pytanie ...

Zdjęcia, na których uśmiecham się mimo wszystko

Patrzę czasem na swoje zdjęcia i sama nie wierzę, że to ja. Że ten uśmiech na twarzy naprawdę należy do osoby, która w środku tyle przeszła. Ludzie widzą zdjęcie i myślą: „ona jest szczęśliwa, uśmiechnięta, pełna siły”. Nie wiedzą, że ten uśmiech to często tylko cienka warstwa — taka, która zakrywa to, czego nie da się opisać słowami. Bo przecież zdjęcia nie pokazują całej prawdy. Tak samo jak codzienne życie. Nie pokazują chwil, kiedy płakałam z bólu. Nie pokazują nocy, kiedy przewracałam się z boku na bok, próbując znaleźć pozycję, w której ból choć na chwilę odpuści. Nie pokazują chwil bezsilności, rozczarowania, zmęczenia. Nie pokazują momentów, w których miałam dość wszystkiego. Na zdjęciach jestem uśmiechnięta. Bo uśmiech jest łatwiejszy niż tłumaczenie, że boli. Łatwiejszy niż wyjaśnianie, że to, co widać, to tylko pozory. Łatwiejszy niż mówienie: „Nie radzę sobie.” Uśmiech pozwala ludziom nie pytać. Nie muszą wiedzieć, że ten dzień był trudny, że ledwo wstałam z łóżka, że za ty...

Głos, którego nikt nie słyszy

Czasem mówisz. Naprawdę mówisz — nie po to, żeby się żalić, ale żeby ktoś choć na chwilę zajrzał w ten kawałek Ciebie, który od dawna boli. Ale zamiast zrozumienia słyszysz: „będzie dobrze”, „nie myśl o tym”. I wtedy przestajesz mówić. Bo po co, skoro nikt i tak nie słyszy? Nie chodzi o to, że chcesz, żeby ktoś naprawił Twoje życie. Nie oczekujesz cudów. Chcesz tylko, żeby ktoś zatrzymał się na moment i naprawdę usłyszał, co kryje się między Twoimi słowami. Tę cichą prośbę o uwagę. O obecność. O to, by ktoś nie uciekł w milczenie, kiedy Twoje oczy mówią więcej niż tysiąc zdań. Ludzie często boją się bólu — nawet tego cudzego. Szybko go przykrywają żartem, tematem zastępczym, pustym „trzymaj się”. Bo łatwiej jest nie słuchać, niż poczuć ten ciężar choć przez chwilę. A więc uczysz się milczeć. Z czasem stajesz się swoim własnym słuchaczem. Rozmawiasz z sobą po cichu — nocą, między jednym oddechem a drugim. Znasz każde swoje pęknięcie, każdą próbę podniesienia się, każdy moment, kiedy chc...

Co by było, gdyby moje życie było serialem? (I kto by mnie grał?)

Czasem myślę, że moje życie spokojnie mogłoby trafić na Netflixa. Serio. Bo mamy tu wszystko: dramat (wizyty u lekarzy), komedię (gdy znowu coś rozwalę albo zrobię coś sobie), odrobinę thrillera (czy wyniki badań przyjdą na czas?), a nawet elementy fantasy (bo kto normalny ma tyle leków w domu, że można by otworzyć własną aptekę?). Sezon pierwszy zaczynałby się od mojego porannego maratonu: wstać, zebrać siły, przypomnieć sobie, gdzie odłożyłam leki i czy już była owsianka czy dopiero o niej myślałam. Z boku wygląda to jak „nic się nie dzieje”, ale wewnątrz to pełnometrażowy film akcji – tylko bez kaskaderów, bo wszystkie upadki gram sama. A kto by mnie grał? No cóż… to zależy od nastroju. W dni lepsze wyobrażam sobie, że wciela się we mnie ktoś z charyzmą i energią, może Sandra Bullock – z tym jej błyskiem w oku. W dni gorsze – raczej bohaterka komedii absurdalnej, która potyka się o własny koc i walczy z pilotem od telewizora jak z bronią masowego rażenia. Może to nawet nie byłby ser...

Paradoksy NFZ

Czasem mam wrażenie, że ktoś, kto ustala zasady refundacji leków czy dostęp do nowoczesnych terapii, nigdy w życiu nie doświadczył prawdziwej choroby. Że to decyzje podejmowane zza biurka, w tabelkach, w rubrykach, bez cienia empatii i zrozumienia dla tych, którzy dzień po dniu walczą o swoje zdrowie. Paradoksów jest wiele. Bo przecież jeśli na jakąś chorobę częściej zapadają osoby starsze, to znaczy, że młody nie ma prawa zachorować? I nawet jeśli wyniki badań jasno pokazują parametry odpowiadające stopniowi choroby, to słyszysz absurdalne: „jest pani za młoda” i nie należy się refundacja. Jakby młody człowiek miał luksus dopuszczania do tego, by choroba się rozwijała. Jakby wszyscy młodzi byli milionerami i mogli sobie pozwolić na kupowanie leków w pełnej cenie. Albo kolejny paradoks – są nowoczesne terapie, które mogą pomóc, a nawet zatrzymać postęp choroby, pozwolić wrócić do samodzielności, sprawności. Ale, żeby nfz je przyznał, trzeba najpierw wyczerpać wszystkie inne możliwości....